Pozostałości wzorców walki

Będzie nieco o walce. W naszych czasach w krajach europejskich nie prowadzi się wojen – racjonalizm zwyciężył. Jednak dla podświadomości i dusz walka nie skończyła się. Dobrze to widać na stadionach piłkarskich, gdzie kibice ścierają się ze sobą, gdzie prowadzą, jak ostatnio usłyszałem swój „chuligański trud”. Rzeczywiście, ostatnio coraz trudniej jest walczyć. Ja się jednak z tego cieszę.

Osoby rozwijające się często uważają się za potulne jak baranki. I mają rzeczywiście takie świadome intencje. Spróbujmy zobaczyć, jakie nieświadome intencje mogą się pojawiać, nawet u najszczerszej (mentalnie) osoby. W wielu przypadkach samo zauważenie może być dobrym początkiem. A akceptacja niedoskonałości – drogą do uleczenia, ulżenia, oczyszczenia ścieżki duchowej. Ulżenia w dużym stopniu sobie, ale także otoczeniu.
W niektórych miejscach będą pojawiać się zdania – afirmacje. Można je smakować, rozważać, medytować, można użyć do pisania z odpowiedziami podświadomości.

Rywalizacja

To postawa bardzo częsta w naszych czasach. Walka bez rywalizacji nie ma racji bytu. Gdy myślimy, że dla wszystkich jakiegoś dobra nie wystarczy, możemy wpaść na pomysł, że trzeba zacząć rywalizować.
Czy bez rywalizacji można dostać to, czego się chce? To, czego się tak pragnie? Nie każdy odpowie, że można..
Obecnie dla wielu osób ten ktoś drugi jest odniesieniem do… przepychanek. Tak, do manipulacji, do stosowania presji. Choćby tak prostej, jak mówienie bez przestanku, bez dania drugiej osobie miejsca, przestrzeni dla niej i jej opowieści. To jest jak najbardziej rywalizacja. Zwykle jednak nieuświadamiana. Mówiąc dużo pewni ludzie wchodzą po uszy w swoje widzenie świata.. i wchodzą w trans, zagubiają się w tym co mówią. Mogą kontynuować przemowę, może to wyglądać sensownie, ale trzeźwości, przytomności z poziomu Wyższego Ja już tam nie ma.
Co tu zrobić? Ano obserwować siebie. Podjąć taką postawę, że nie wszystko muszę powiedzieć, co bym nawet i chciał/a opowiedzieć. Warto obserwować siebie, jak wchodzimy w taki trans mówienia, mówienia… mówienia. I świadomie przerwać. To co intelektualnie mówimy nie jest bowiem ostateczną rzeczywistością. Jest to jakaś cząstka, pewna projekcja rzeczywistości. A więc nie należy się jej pierwsze miejsce. Warto o tym pamiętać, że nawet w stosunku do najwspanialszego przemówienia jest coś doskonalszego.. i może być to np. proste przeżywanie kontaktu z drugą osobą, czy z pięknem przyrody. A więc – luz, nieco więcej luzu.
Jeśli wszystkiego nie powiem nic się nie stanie złego. Będzie dobrze. A i atmosfera też nie przesiąknie tak myślokształtem, który starałem się ująć w słowa.
Jeśli nie powiem tego, co sobie tak umyśliłem/am skrzętnie, aby powiedzieć, to nie będę gorszy/a. Naprawdę, moja wartość nie zależy od tego, czy kończę moje opowieści, czy wypowiem wszystkie słowa. Może nawet przez to zrobię komuś przysługę nie zabierając większości czasu naszego spotkania. On/a też ma coś przecież do powiedzenia.

Zmaganie się

Poczucie wysiłku, które czujemy w różnych doświadczeniach może być bardzo dla naszej podświadomości przekonujące. Poczucie wysiłku może przekonywać, że wysiłek jest taki konieczny, że to odczucie jest wartościowe! Im bardziej to odczucie jest przekonujące, tym podświadomość bardziej go chce, bo czuje, że robi lepszą robotę.
Normalnie błędne koło. Wniosek – wyzwolenie się z niego może będzie kosztowało przejście przez dyskomfort. Przeżyjemy okresy czasu z odczuciem, że się nie sprawdzamy, gdy nie usatysfakcjonujemy podświadomości mniejszym stopniem wysiłku.
Albo – drugie rozwiązanie, że oczyścimy przekonanie wcześniej, a wtedy zmniejszanie wysiłku będzie się podświadomości podobać.
Wysiłek w zdobywaniu związku z ukochaną osobą, czy wysiłek włożony w spłacanie mieszkania czy zarabianie na samochód są bardzo przekonujące dla wielu osób. Otacza te sprawy zresztą wiele, wiele społecznych wierzeń, które mówią, że „inaczej się nie da”, że „tylko tak można coś wartościowego osiągnąć”.
Zwłaszcza zmaganie się z inną osobą, konfrontacja energii w sporze daje poczucie „żywotności”, tego, że coś się dzieje. Bezpośrednio, konkretnie, wyraziście. Druga osoba jest specjalnie mocno odbierana przez podświadomość, ponieważ stanowi jakby nasze lustro, jest tym „drugim ja”, a więc tym bardziej czasami trudno się zdystansować od społecznych przekonań, jeśli owa osoba jest nimi przesiąknięta. Niekiedy taka osoba wręcz prowokuje, poddając tok myślenia, czy też przykłady, interpretacje swoich przeżyć zgodnie z normą społeczną. Wtedy utrzymanie niewłączania się w te ramy wymaga tym więcej… luzu. Swobody.

Czasami do podtrzymania rywalizacji wystarczają drobne szczegóły. A to np. powiedzenie „tak jest jak mówisz, ale…”. To „ale” osłabia wypowiedź tej drugiej osoby, jest sprzeciwem. Może to być przejaw niechęci do przyjmowania tego, co ktoś mówi, jako jego drogi doświadczeń. Czasami trudno jest pozostać obojętnym. niewłączając się w czyjeś pokrętne tłumaczenia, interpretacje.
Fakty są faktami, je można przyjąć. Przeżycia, emocje, uczucia są doświadczeniami. Te możemy zrozumieć, bo pewnie byśmy mieli podobne w takich jak opisywane przypadkach. Jednak kolejny stopień – który zresztą jest bardzo mocno akcentowany – interpretacje tych faktów i przeżyć, ocenianie, często jest najtrudniejszy do wytrzymania. Gdy ktoś wykłada swoją doktrynę „tak mi się dzieje w życiu, bo (np.) oni są tacy niedoskonali..” trzeba czasami dobrze pomyśleć, przed powiedzeniem czegokolwiek. Czasami trzeba się ugryźć w język, by nie wybuchnąć. I zacząć się zastanawiać – co mnie tak wzburza?, co ta druga strona przeżywa? co doświadczył/a?
Często można się spotkać w rozmowach z wygłaszaniem opinii. Np. „To nie fair, że on mnie nie zauważył” To właśnie opinie trudniej sobie wytłumaczyć jako owoc czyichś przeżyć czy doświadczeń. Może pojawić się opór wobec opinii, chęć riposty. Dlatego, gdy opowiadam konkretnie o swoich przeżyciach, doznaniach, uczuciach, gdy nie teoretyzuję, to bardzo to ułatwia innym słuchanie. Np. „Czuję się niezauważona/y, gdy mu mówię o ważnych dla mnie sprawach”.

Mamy prawo mówić. Ale często jest tak, że tamten człowiek wcale nie chce naszej opinii. Ma swoich ponad miarę. Zwykle ludzie myślą, że są mądrzejsi od innych. Że ich interpretacje, oceny, są bardziej trafne. Stąd rozmowa z taką osobą może łatwo przejść w rywalizację, jeśli nie zauważymy, że ten ktoś raczej chce opowiadać o wspaniałych tworach swojego intelektu.
To jest w porządku, jeśli nie będę się włączać ani ingerować gdy ktoś wychwala swoją postawę życiową. To nie znaczy, że ja jestem gorszy, chociaż może tak to wyglądać. To nie znaczy, że ja nie mogę mieć swojej postawy. Nie muszę nawet próbować mu przerywać. Jeśli zechce zauważyć mnie jako kogoś wartościowego, z kim można pogadać jak z równorzędnym rozmówcą, sam się ku mnie zwróci. Ale i to nie jest konieczne. Mogę odnosić sukcesy i nie muszę o nich trąbić światu. Gdy ktoś się spyta, mogę opowiedzieć. Jednak aby odnosić sukcesy nie muszę nawet być znany. Nie muszę nikomu udowadniać, że moja postawa jest słuszna, aby osiągać sukcesy. Mogę spotykać osoby, które są równie swobodne jak i ja w kontaktach z innymi.

Obrona

Czy bronisz się przed czymś? Myślisz o czymś, że jest tak trudne, kłopotliwe? Te myśli są jak magnes, jak zresztą inne także*. Przekonanie o zagrożeniu jest magnesem dla zagrożenia, a to może pociągać chęć walki. Czyjeś przekonanie o zagrożeniu może służyć mu do udowadniania, iż walka jest czymś poprawnym, czy wręcz koniecznym. Jak to mówią: „Atak jest najlepszą obroną”.

Oczyszczenie wzorców walki jest związane z oczyszczeniem podświadomych przekonań o zagrożeniu. Zwykle nie jest to proste, zajmuje sporo czasu. Zajmuje mnóstwo czasu słuchania podświadomości przy afirmacjach z odpowiedziami, w sesjach. Ale można stwierdzić – opłaca się.
Wiele spokojnych osób ma wzorce ofiary. Ma także przekonanie o konieczności bronienia się. I ma – „jakże słuszne” – przekonanie że ofiara się nie przyczynia do aktu agresji. Jak pięknie jest żyć w jednostronnym świecie w którym tylko agresor jest winien. Jakże to wzmacnia przekonanie o własnej słuszności przekonań!

Niestety, aby było wydarzenie, to potrzebne są dwie strony. Dwie strony z dopasowującymi się do siebie intencjami. A przypadki nie chodzą po wszystkich ludziach. Można naprawdę przyciągać – albo nieszczęścia, albo szczęście!*
Możesz się sprawdzić, czy się czegoś lub kogoś boisz. I nie będą to czcze zagrożenia. Zagrożenia, umówmy się, są często jak najbardziej konkretne. Jednak to, czy coś Cię spotka, to to właśnie nie jest do końca powiedziane. Jeśli zauważysz jak się sam/a pchasz w niebezpieczeństwo, może zechcesz z tym powoli kończyć, będziesz pracować nad oczyszczeniem swoich przekonań o zagrożeniu. Oczywiście, pewnie do czegoś Ci te przekonania są potrzebne, czy były potrzebne. To też jest do rozpoznania.

Jest szansa, że nie będziesz podtrzymywać napięcia oprawca-ofiara. Możesz już tak nie prowokować tych biednych, miotających się w swojej nieprzytomności ludzi, szukających komu tu by dokopać. Możesz przestać być ofiarą, stąd oprawca będzie mniej oprawcą a i walki wokoło będzie generalnie mniej.

Konfrontacja „w dobrej wierze”

Dla podświadomości wystarcza, że ma wrażenie, iż konfrontacja jest „w dobrym celu”. Wtedy będzie chciała te zmagania kontynuować. Misje wielu rodzajów opierają się o ten mechanizm. Podtrzymywanie „dobrej wiary” wynika z braku refleksji. Z braku intencji zastanowienia się nad celem tego, co się robi.

Taki brak rozwagi, rozeznania, refleksji może nas dużo kosztować. Znam niejedną osobę przez dziesięciolecia kopiącą sobie dół, po czym wpadała weń, a był on zaprawdę wielki. Dochodzenie „swoich racji” w konfrontacji z kimś i z „czystymi intencjami” może nie jest najlepszym programem na kilka dziesięciolatek własnego życia.

Nie musimy podtrzymywać konfrontacji z kimkolwiek. Jeśli widzę u siebie gniew, chęć agresywnego wystąpienia, pytam się, z kim chcę się zmierzyć i po co? Zauważam, jakie mam emocje, jak chce mnie ponieść. Pytam się po co i czy warto? Okazuje się, że podświadomość ma jakieś swoje pomysły na to, jak ma wyglądać świat. I to ja mam pomóc mojej podświadomości to zmienić.

To oznacza, że czegoś nie akceptuję. Zwykle nie akceptuję postaw innych osób. No dobrze, mówię sobie, a teraz mogę poprosić Wyższe Jaźnie, żeby mnie uczyły mnie, jak zacząć akceptować. Z czasem rozumiem coraz więcej z pobudek czyjegoś postępowania i rozumiem, że nie były tak bezzasadne, jak myślałem. Co prawda, zwykle wynikają one z braku dojrzałości, lub z obciążeń tej osoby. Ja jednak nie patrzyłem dotąd tak i wymagałem od ludzi zbyt wiele.
Warto wyjść z transu misji, jednak wymaga to zatrzymania się, refleksji, medytacji. Wymaga to poddania w wątpliwość swojej postawy, swoich myśli. Dla wielu, wielu osób zastanawianie się, zwłaszcza długotrwałe oznacza marnotrawstwo i jest oceniane jednoznacznie negatywnie. A więc możemy być w krzyżowym ogniu: z jednej strony presja społeczna „nie leń się!”, a z drugiej, od podświadomości: „to co robię jest przecież ok., jest pożyteczne”. „Mam do tego prawo”. Owszem, prawo jest, ale czy płacona cena nie jest wysoka?

Wiele może nas powstrzymywać przed oczyszczaniem się, przed rozwojem. Jednak ścieżka rozwoju sama z siebie daje duże korzyści.

Podnoszenie aktywności


Walka od wiek wieków kojarzyła się ludziom z koncentracją sił, środków, z intensywnością działań. Nic dziwnego – im więcej możemy zgromadzić mocy, tym jesteśmy potężniejsi i tym więcej możemy wymóc. Niestety, często, tym mniej jesteśmy pokorni. W znaczeniu pokory, jako akceptacji tego, co się wydarza. W prostocie przyjmowania tego.
Brakuje nam pokory? Co począć?

Brak pokory był od wieków postrzegany jako obraza dla Boga. Jednak różnie owego Boga postrzegano. Jeśli było to tao, to brak pokory kończył się guzem na czole nabitym o belkę drzwi, czy też przeziębieniem. Jeśli Bogiem był kościół i dogmaty, to obraza takiego boga groziła wykluczeniem z kolektywu, ze społeczności, czasami razem z pozbawieniem życia. Jeśli bogiem jest „nowoczesny” sposób myślenia, to brak pokory wobec przyjętego myślenia skutkował ostracyzmem. Pierwszym krokiem, nawet przed pomyśleniem, wydaje się więc nie wierzgać.
Mogę nie podłączać się pod grupy ludzi i żyć i dobrze prosperować. I może mi być dobrze i mogę żyć szczęśliwie. Pokora jest cenną wartością. Jednakże nie dotyczy podporządkowywania się ludziom i ich wytworom, a Bogu i procesowi, który się wydarza. Jest to dobre i bezpieczne, ponieważ Bóg nas nie chce skrzywdzić, a akceptacja tego, co się wydarza, może nas uczyć.
Moje połączenie z Bogiem jest najważniejszym połączeniem, z którego płynie to co najważniejsze – życie.

Jakoś zwiększanie aktywności wiązało się często z kłopotami. I nic dziwnego. Jeśli przed zwiększoną aktywnością nie idzie powiększanie mądrości, to ta aktywność może być błędnie skierowana. Rozwój, intensyfikacja działań nie zawsze są bezpośrednio korzystne. Gdy działaniom brakuje mądrości, nie jest to złe samo z siebie, ale nasilając błędne działania potrzebujemy więcej czasu, aby uporać się z zadaniem. Czasami o ileś wcieleń więcej. Czasami, po długich staraniach, możemy też duszę utracić. Jeśli dla kogoś nie stanowi to kłopotu, to w porządku. Wszechświat nie będzie płakał.

Jeśli zaś chcemy nieco wykorzystać czasu, to możemy spojrzeć, dlaczego przyśpieszamy. Spytać się samych siebie. Może nie godzimy się na coś? Może chcemy walczyć przeciwko wydarzeniom, czy ludziom? Może zauważymy, że chcemy zawracać strumienie wydarzeń? Wtedy pokorą będzie zaczekanie i zapytanie siebie – co jest tego przyczyną? Czy świat nie jest taki „jaki powinien być”? Czy może to moje wcześniejsze postanowienia, postawy, decyzje przywiodły mnie tutaj i tak się ciskam?

Nie muszę skłaniać się ku przyśpieszaniu, także dlatego, że mogę popełnić więcej błędów. To co robię, robię we właściwym dla mnie czasie, we właściwym dla mnie tempie. Jeśli widzę innych, którzy robią to inaczej, to zarówno oni jak i ja mamy prawo do swoich dróg. Nie muszę wchodzić na cudzą, a też nie muszę propagować mojej innym, jeśli uważają swoją za słuszną. Coraz lepiej rozumiem sens swojego życia.

Ostatnio słyszałem pewną panią, która mówiła do koleżanki, że „musi w lutym wyjechać na Wyspy Kanaryjskie, tam jest ciepło i wypocznie”. Kategorycznie ustalała, że tak się losy potoczą, ponieważ ona tak chce. Domniemuję, że ma w zanadrzu jeszcze ileś takich postaw i decyzji, bardzo liczących się z własnymi chęciami. Zwykle zaś sztywność prowadzi do złamania.

Doskonałym przykładem są częste ostatnio rozwody. Dwie sztywne tyczki skierowane w różne strony nie mogą się na dłużej spotkać jak tylko w jednym miejscu – na własnym ślubie. Jeśli partnerzy nie są elastyczni – poobijają się i nie będą w stanie się do siebie przytulić.

Lekcja jest prosta – jeśli coś nie działa tak jak chcę, to może warto założyć, że proces dany od Wszechświata jest inny od moich wyobrażeń i przekonania o moich prawach. Może to nie ja a Wszechświat ma rację?
A więc – więcej elastyczności. Więcej pokory rozumianej jako godzenie się na to co się wydarza. Nie dawanie się podporządkować się temu, ale uczenie się z procesów, które się wydarzają.

TEGO jesteś wart/a


Wręcz komiczne jest tu wspomnieć o reklamach, które wyrabiają w ludziach przekonanie, że im się należy. „Jestem tego warta”. Cudownie.

Mimo, iż mam małą samoocenę, nikłą, poszarpaną energetykę, mimo, iż jestem nieoczyszczona, to „jestem tego warta”. Handlowcy już zacierają ręce. „Jestem warta wydania tych pieniędzy” – handlowo przekłada się na „Na pewno jestem w stanie to kupić! Wtedy podniesie mi się nastrój”.

O prawdziwej wewnętrznej wartości, wynikającej z czystej, dużej energetyki, z oczyszczenia, z połączenia z Bogiem samoocenie nikt nawet się nie zająknie. Nie jest to bowiem atrakcyjne marketingowo. A poza tym, jak któraś pani istotnie poczułaby się wartościowa wewnętrznie, to pewnie by innym okiem spojrzała na owe sprzedawane błyskotki.

Samoocena jest ostatnio kwestią nawet nie ilości zarabianych, co wydawanych pieniędzy. „Samoocenę” ludzie budują napędzając fantazje na obejrzanych coraz to piękniejszych reklamach. Mam wrażenie, że zamiast tworzyć wartościowy świat rzeczywisty ludzie tworzą coraz „bardziej wartościowe” fantazje. Ale widocznie tego potrzebują.

Jeśli więc coś można polecać, to „easy”. izi. Niestety, nie pojmowane jako „łatwe jest wszystko”, a więc rób co chcesz, na co masz chęć. Nie, zwierzęco podobne „róbta co chceta”.

Nie polecam postawy: „Rób tak jak reklamy inspirują, wskazują”, czy „Szukaj lepszych, bardziej kosztownych produktów i na podstawie ich posiadania definiuj siebie”. Oczywiście, jeśli chcesz stać się surowcem przemysłu, to nic nie stoi na przeszkodzie. Wielu przedstawicieli handlowych powita taką osobę z uśmiechem. Prawdziwym.

Easy raczej jako „wyluzuj”. Daj sobie siana. Daj sobie czas. Znajdź siebie samą/samego, jeśli się pogubiłaś/eś.

Jeśli nawet otoczenie nie chce Ci dać czasu, to TY sam/a sobie daj czas, uwagę.

TEGO jesteś wart/a.

Odnajdź swoją wewnętrzną wartość. Odnajdź przyjaciół, przyjaciółki, rodzinę, bądź z nimi [na ile się daje].

Postawa zwolnienia, refleksji nie jest popularna, ponieważ nie przynosi szybkich pieniędzy. Jednak już nawet w średniej perspektywie jest korzystna, a w długiej – ogromnie korzystna.

Gdy się nie wysilasz, szanujesz siebie i możesz prawdziwie uszanować innych.

Kolejne hasło: make love not war. Nie musisz się śpieszyć, raczej spójrz na swoje serce.
Medytuj na swoje serce, na miłość, na połączenia łączami miłości, a zniknie lęk tak Cię pośpieszający.

A wzorce walki, zapytasz? – pewnie nie tego się tu spodziewałeś co zastałeś? 😉

Obecne w walce: krew, agresja, „sztuki” walki – to tak naprawdę tylko końcowe efekty naszych postaw. Wiele osób dąży do zgłębienia doświadczenia walki, ponieważ jeszcze nie dostało odpowiedniej lekcji od życia. Młodsze dusze tak łakną doświadczeń, że nawet osobiste tragedie im nie straszne. Jednak dla jednego ocean za mały, a dla drugiego łyżka wody za duża.

Dla dusz bardzo dojrzałych, czy starych walka nie jest już atrakcyjna. Szukają prawdziwego rozwiązania. Oczyszczenia pozostałości wzorców walki.

Jeśli zmienisz postawy, oczyścisz je, to zapomnisz o walce, bo jej nie zobaczysz.

* Traktuje o tym w pięknych opracowaniach, w przystępnych przykładach, ogromnie inspirująca książka „Sekret”. Niestety nie wspomina, że dużą blokadą dla kreacji może być karma. To może skutkować zniechęceniem do działania w kreowaniu rzeczywistości.

CUD , Przebudzenie

Advertisements

1 komentarz (+add yours?)

  1. Davvidia
    Sty 16, 2012 @ 11:04:33

    „Zwykle zaś sztywność prowadzi do złamania.

    Doskonałym przykładem są częste ostatnio rozwody. Dwie sztywne tyczki skierowane w różne strony nie mogą się na dłużej spotkać jak tylko w jednym miejscu – na własnym ślubie. Jeśli partnerzy nie są elastyczni – poobijają się i nie będą w stanie się do siebie przytulić.

    Lekcja jest prosta – jeśli coś nie działa tak jak chcę, to może warto założyć, że proces dany od Wszechświata jest inny od moich wyobrażeń i przekonania o moich prawach. Może to nie ja a Wszechświat ma rację?
    A więc – więcej elastyczności. Więcej pokory rozumianej jako godzenie się na to co się wydarza. Nie dawanie się podporządkować się temu, ale uczenie się z procesów, które się wydarzają.”

    – Dwie sztywne tyczki mnie ubawiły …fajna interpretacja i jaka prawdziwa 🙂
    Jak ktoś juz przeszedł „wyobrażenia”, dziś słucha Wszechświata 🙂
    Tyczki narażają się, kręgosłupy chorują a zycie toczy się dalej…

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: