Czyste środowisko i zanieczyszczenie ciał


Wróciłem niedawno z Lanckorony, z aszramu Babaji’ego. Tym razem było zimno, na tyle zimno, że trzeba nam było się ewakuować – gospodarze mają kłopoty z grzaniem. Ale w cieplejsze pory roku, może być lepiej pod tym względem.

Mimo tego zostałem pobłogosławiony, już drugi raz. Po raz pierwszy zacząłem dużo więcej czuć nosem zapachów po powrocie z Lanckorony w lipcu. To było istotnie ciekawe, ponieważ nie myślałem, że mogę w mieście tyle odczuwać zapachów. No niestety, zwłaszcza tych świadczących o mniejszym lub większym smogu. Do tamtej pory nie śmierdziało mi miasto, a zaczęło.

Tym razem zrobiło się coś jeszcze. Od kilku miesięcy czułem coraz bardziej wpływ energetyki miasta na moją skromną osobę. Przygniatało mnie to, że wokoło jest ileś osób, które mają różne energie, nastawienia takie i inne, wzburzone emocje, obciążenia, którymi sieją wokoło. W Lanckoronie nagle zrobiło się pusto – wokoło mnie w obrębie kilkuset metrów nie było nikogo takiego. Dodatkowo wzniesienie, na jakim jest ta wioska posadowiona, ponad poziomy dolin beskidzkich, dawało separację od zalegających nisko płaszczy energii.
Poczułem się bardzo dobrze, mimo to, iż fizycznie nie mieliśmy z kolegą aż tak super warunków. Odczucia energetyczne przeważały u mnie.

Uświadomiłem sobie, jak przesycony jestem energią miasta, jak różnego typu oddziaływania energetyczne skłaniają mnie [chcąc – nie chcąc] do zachowywania się w sposób mało radosny. I żebym jakiej to jogi nie stosował, to jeśli coś oczyszczę, to od razu na to miejsce pchają się energie z otoczenia. Nie energie od Boga, miłości, Wyższych Jaźni, ale od tłumu w centrum miasta, z okolicznych domów i mieszkań, z czapy energetycznej miasta.

Przez wiele lat miałem do siebie pretensje, że późno chodzę spać. Z czasem zauważyłem, że późno oznaczało przebywanie jakiś czas w przestrzeni nocy, gdzie ludzie nie działają, gdzie nie muszę się bronić przed zamieszaniem umysłowym. W Lanckoronie nie było tego problemu – wieczorem odczucie senności nie było torpedowane przez pragnienie „odsapnięcia” energetycznego. Nie było zakłóceń, więc nie było potrzeby się bronić, można było swobodnie zasnąć.

Rozmawiając o tym z Łukaszem wyszła też kwestia odżywiania się. Takie opresyjne sytuacje w mieście, gdy wokoło gromadzą się cudze energie i chcą wejść i zasiedlić się u mnie, generują też spore napięcia emocjonalne. Ludzie żyjący jeden na drugim [w wielopiętrowych budynkach literalnie tak jest] mogą wytwarzać sobie napięcia emocjonalne z powodu samego sąsiedztwa, w którym żyją. Nie dziwne jest, że „tak się rozprzestrzeniają choroby cywilizacyjne”.
Takie napięcia w ciele rodzą zastoje energii – obszary w ciele, które są napięte a jednocześnie brakuje w nich energii. Lowen pisał kiedyś, że mięsień napięty, spęczony ma paradoksalnie bardzo mało energii, o wiele mniej, niż ten, który jest swobodnie rozluźniony. Do rozluźnienia mięśnia, mięśni, bloków energetycznych, emocjonalnych potrzebna jest energia. Co zrobić, gdy w otoczeniu, najbliższym środowisku nie ma tej biologicznie sycącej energii natury, a jest dużo energii porwanych emocji i myśli od innych ludzi.

Łukasz zauważył, że w takich przypadkach pomaga jedzenie z niższymi wibracjami. Jakoś właśnie te cięższe rodzaje pokarmu potrafią przeniknąć do owych zawęźleń energetycznych i je – chociaż częściowo – nasycić. Stąd rozumiem, że ludzie tak preferują mięsożerność [na jednego człowieka przechodzącego na wegetarianizm czterech przechodzi na dietę mięsną – bo mają kłopoty].

Osobiście mięso odczuwam oczywiście jako „zło konieczne”. Konieczne w wypadkach, gdy nie ma innej możliwości energetycznego zasilenia się, czy chociaż w miarę szybkiego przepracowania jakiegoś problemu. Podwodny mówi o tym, że niższe ciała zostały po to nam dane, aby można było przepracować kłopoty i nieprawidłowe postawy na ciałach wyższych. Stąd jedzenie mięsa może pomóc przykładowo w poradzeniu sobie [przynajmniej tymczasowo] z jakimiś skutkami błędnych idei, albo mocno kłopotliwej emocjonalnie czy energetycznie sytuacji. Jak mi np. jakiś krokodyl nagrzmoci to mam wybór – albo tydzień zbierać się na owsiance, albo w pół dnia „dojść do siebie” jedząc mięso.

Jednakże pamiętam dobrze, że jest to sposób przejściowy i sam z siebie zaniża wibracje. Gdy mam na myśli oczyszczanie się, mięso i inne niskowibracyjne pokarmy po prostu powoli odstawiam.

W spokojnym czasie zapominam, że w ogóle jest taki pokarm.

Tu jeszcze dwa słowa o ideowym wegetarianiźmie. Oprócz tego, co Hellinger mówi, że stawia się ponad systemem z którego pochodzą przodkowie jedzący mięso i przez to odrzuca rodziców, jest jeszcze coś.

Ideowość jest piękna, przynajmniej tak wygląda. [Ja kiedyś też, zainspirowany przez Wyższe Jaźnie odmawiałem ideowo jedzenia jakiegokolwiek mięsa. Przyszły problemy karmiczne i okazało się, że byłem za słaby na takiej diecie, aby zacząc z nimi pracować. Przyszły ogromne ciężkie karmiczne energie, aby to dźwigać potrzeba było grubej energii.]

Wydaje się, że wegetarianie mający poblokowany system energetyczny mogą mieć kłopoty z doenergetyzowaniem organizmu: blokady w przepływach istnieją, natomiast wysokowibracyjna energia z pożywienia nie przedostaje się przez te blokady. Stąd wniosek: przy niskowibracyjnych blokadach, potrzeba niskowibracyjnego pożywienia [przynajmniej trochę]. A najlepiej sobie popuszczać bloki i być jak skowronek!

Tak więc mieszkając w mieście, sposób jedzenia i apetyt na to, na co mam obecnie, w dużej części może pochodzić z tego, że właśnie mieszkam w mieście.

Ale to tak na marginesie.

Kiedyś przeprowadzę się na wieś 🙂 Już nad tym myślę, powoli zbieram dane i zastanawiam się, gdzie by było dobrze.

Reklamy