Niezadowolenie wg Łazariewa


Niezadowolenie, mówi Łazariew, to cichy morderca.
Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z innych ludzi, to przykładamy się do ich nieszczęść, śmierci. To mechanizm niszczenia.
Jeśli jesteśmy niezadowoleni z siebie, to przykładamy się do własnego nieszczęścia.

Przyszła do niego pani, która na kursach psychologicznych się dowiedziała, że nie została obdarzona wystarczająco mocno miłością przez swoją matkę w dzieciństwie. Płacząc to prosiła Ł. o pomoc.

Ł. wskazał, że chodząc na takie kursy pani sama zubożyła w sobie miłość, ma jej mniej. A chodzi o to, aby właśnie mieć więcej miłości, akceptacji dla ludzi.

[AK:] Może to głupio zabrzmi wobec wolnościowych pragnień ludzi, zwłaszcza zajmujących się rozwojem, ale żyjemy w symbiozie z bliskimi sobie osobami. Nawet ci, którzy się gdzieś wysforowali na niezależność, są gdzieś połączeni np. z rodzicami.

To wygląda na żart, ale uciekając nie zrywamy więzów, zwłaszcza tych nieprzepracowanych, nieuleczonych. Niezadowolenie manifestujące się w buncie jest przykładem braku akceptacji.

Wszechświat nas kieruje ku akceptacji. Oczywiście na początku nasze zrozumienie może być niewielkie, powierzchniowe, bez głębi. Możemy na początku zauważać jedynie np. prawne aspekty spraw zależności między ludźmi.

Jednak z czasem, gdy będziemy badać sprawy naszych relacji zauważymy, że jest w nich coś o wiele więcej. Niuansów jest bez liku. To do owych niuansów, delikatnie zaznaczonych zależności skłania nas Wszechświat. A skłania wcale niedelikatnie – a to poprzez rozwód, poprzez chorobę dziecka, a to np. poprzez odczuwane w nas samych mocne dążenie do destrukcji kogoś, czegoś.

Wszechświat jest niezwykle ostrym nauczycielem. Nie robi delikatnych lekcji. Możnaby rzec „dlaczego?”. Wydaje się, że czasu po prostu jest mało – ludzie nie są specjalnie chętni, aby w czasie swojej aktywności osobowościowej [30-40 aktywnych lat życia] mocno się zastanawiać nad sobą, nad tym, co robią. Mają inne sprawy na głowie. No i dodatkowo przychodzą sprawy własnych zaszłości Duszy, czyli karma osobista. Nieźle mamy nadane roboty, trzeba przyznać.

W takim razie ciśnie się pytanie: to co jest najważniejsze? Pewnie akceptacja. Jest ona bowiem niemal panaceum na wszelakie zadrażnienia, czy to pochodzące od karmy osobistej, jak i od grupowej [manifestującej się w relacjach rodzinnych].

Im więcej akceptujemy, tym bardziej jesteśmy w stanie kochać, tym bardziej otwiera się nam serce. Jeśli akceptujemy, to przyjmujemy zrządzenia losu, Boga, chociaż możemy nawet być niewierzący, możemy nie być zainteresowani duchowością. Akceptacja daje korzyści każdemu. Można nawet powiedzieć, że ci, którzy są zaangażowani w systemy idealistyczne mają mniej akceptacji, niż ci, którzy są poza takimi systemami. Zwykle bowiem w systemie idealistycznym jest znaczne miejsce dla osób, postaw, które się nie akceptuje, ponieważ nie są związane z ową ideą, czasami nawet są przeciwko niej. Nawet najbardziej odwołujące się do miłości idee przynoszą idealistycznych wyznawców.

Możesz się sam/a spytać: czy idea, w której wzrastałam/em nie dała, nie wszczepiła mi konieczności niezadowolenia z jakichś ludzi, z siebie? Czy ta idea, której się uczyłam/em w domu nie zaszczepiła mi przypadkiem jakiegoś niezadowolenia z niektórych osób?

Jak dla mnie nauka o karmie daje wiele, wiele akceptacji. Im więcej moją Duszę przekonuję, że ci ludzie, których widzi są tacy dzięki swoim [wcześniejszym] decyzjom, a też nie muszę ani o krok dodawać do ich kiepskiej sytuacji, odrzucając ich, osądzając, będąc niezadowolonym. Nie, mogę ich akceptować, ponieważ oni są mocno osadzeni w całym, idealnie sprawiedliwym nurcie karmicznym przyczyn i skutków, decyzji i losów.

Nie muszę tego modyfikować ani o włos, a więc mogę akceptować i akceptować. Dzięki temu łatwiej mi przychodzi przyjazne uczucie.

Reklamy