Niezadowolenie wg Łazariewa

Niezadowolenie, mówi Łazariew, to cichy morderca.
Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z innych ludzi, to przykładamy się do ich nieszczęść, śmierci. To mechanizm niszczenia.
Jeśli jesteśmy niezadowoleni z siebie, to przykładamy się do własnego nieszczęścia.

Przyszła do niego pani, która na kursach psychologicznych się dowiedziała, że nie została obdarzona wystarczająco mocno miłością przez swoją matkę w dzieciństwie. Płacząc to prosiła Ł. o pomoc.

Ł. wskazał, że chodząc na takie kursy pani sama zubożyła w sobie miłość, ma jej mniej. A chodzi o to, aby właśnie mieć więcej miłości, akceptacji dla ludzi.

[AK:] Może to głupio zabrzmi wobec wolnościowych pragnień ludzi, zwłaszcza zajmujących się rozwojem, ale żyjemy w symbiozie z bliskimi sobie osobami. Nawet ci, którzy się gdzieś wysforowali na niezależność, są gdzieś połączeni np. z rodzicami.

To wygląda na żart, ale uciekając nie zrywamy więzów, zwłaszcza tych nieprzepracowanych, nieuleczonych. Niezadowolenie manifestujące się w buncie jest przykładem braku akceptacji.

Wszechświat nas kieruje ku akceptacji. Oczywiście na początku nasze zrozumienie może być niewielkie, powierzchniowe, bez głębi. Możemy na początku zauważać jedynie np. prawne aspekty spraw zależności między ludźmi.

Jednak z czasem, gdy będziemy badać sprawy naszych relacji zauważymy, że jest w nich coś o wiele więcej. Niuansów jest bez liku. To do owych niuansów, delikatnie zaznaczonych zależności skłania nas Wszechświat. A skłania wcale niedelikatnie – a to poprzez rozwód, poprzez chorobę dziecka, a to np. poprzez odczuwane w nas samych mocne dążenie do destrukcji kogoś, czegoś.

Wszechświat jest niezwykle ostrym nauczycielem. Nie robi delikatnych lekcji. Możnaby rzec „dlaczego?”. Wydaje się, że czasu po prostu jest mało – ludzie nie są specjalnie chętni, aby w czasie swojej aktywności osobowościowej [30-40 aktywnych lat życia] mocno się zastanawiać nad sobą, nad tym, co robią. Mają inne sprawy na głowie. No i dodatkowo przychodzą sprawy własnych zaszłości Duszy, czyli karma osobista. Nieźle mamy nadane roboty, trzeba przyznać.

W takim razie ciśnie się pytanie: to co jest najważniejsze? Pewnie akceptacja. Jest ona bowiem niemal panaceum na wszelakie zadrażnienia, czy to pochodzące od karmy osobistej, jak i od grupowej [manifestującej się w relacjach rodzinnych].

Im więcej akceptujemy, tym bardziej jesteśmy w stanie kochać, tym bardziej otwiera się nam serce. Jeśli akceptujemy, to przyjmujemy zrządzenia losu, Boga, chociaż możemy nawet być niewierzący, możemy nie być zainteresowani duchowością. Akceptacja daje korzyści każdemu. Można nawet powiedzieć, że ci, którzy są zaangażowani w systemy idealistyczne mają mniej akceptacji, niż ci, którzy są poza takimi systemami. Zwykle bowiem w systemie idealistycznym jest znaczne miejsce dla osób, postaw, które się nie akceptuje, ponieważ nie są związane z ową ideą, czasami nawet są przeciwko niej. Nawet najbardziej odwołujące się do miłości idee przynoszą idealistycznych wyznawców.

Możesz się sam/a spytać: czy idea, w której wzrastałam/em nie dała, nie wszczepiła mi konieczności niezadowolenia z jakichś ludzi, z siebie? Czy ta idea, której się uczyłam/em w domu nie zaszczepiła mi przypadkiem jakiegoś niezadowolenia z niektórych osób?

Jak dla mnie nauka o karmie daje wiele, wiele akceptacji. Im więcej moją Duszę przekonuję, że ci ludzie, których widzi są tacy dzięki swoim [wcześniejszym] decyzjom, a też nie muszę ani o krok dodawać do ich kiepskiej sytuacji, odrzucając ich, osądzając, będąc niezadowolonym. Nie, mogę ich akceptować, ponieważ oni są mocno osadzeni w całym, idealnie sprawiedliwym nurcie karmicznym przyczyn i skutków, decyzji i losów.

Nie muszę tego modyfikować ani o włos, a więc mogę akceptować i akceptować. Dzięki temu łatwiej mi przychodzi przyjazne uczucie.

Reklamy

14 komentarzy (+add yours?)

  1. Davvidia
    Kwi 26, 2012 @ 23:50:22

    dziś przeczytałam w Łazariewie fajne zdanie „Jeśli Cie ktos obraża, to znaczy że masz za dużą pychę”

  2. pumpel
    Kwi 27, 2012 @ 07:39:45

    Mam właśnie ostatnio dylemat: jak zaakceptować coś, co ewidentnie mi szkodzi (lub kogoś). Można oczywiście po prostu odejść od sytuacji czy ludzi tak, żeby nie być od nich zależnym, ale co, jeśli nie da się tego tak łatwo/szybko zrobić? Pozostaje ten czas, kiedy odpowiednie kroki podjęto, wszystko zostało wprawione w ruch, ale sytuacja jeszcze się nie zmieniła. Intelektualnie to ja wiem, że wypadałoby się odprężyć w chwili obecnej, a wszystko i tak zadzieje się w swoim czasie. Natomiast intelekt sobie, a odczucia sobie – wciąż łapię się na wewnętrznej walce i poczuciu buntu wobec czegoś, co tak naprawdę jest poza moją kontrolą. I co z tego, że wiem, że buntem tylko samą siebie osłabiam? Nawet spostrzeżenie, że momentami jestem po prostu prowokowana do buntu przez kogoś nie do końca pomaga. To trochę tak, jakby brakowało mi ostatniego fragmentu do złożenia tej układanki, czegoś, co trafi nie do intelektu tylko, ale głębiej.

  3. Davvidia
    Kwi 27, 2012 @ 08:39:15

    Pumpel, popatrz na to jako na coś co stoi obok CIebie i daje Ci możliwość zrozumienia. Aspektów może być wiele, ale głownie chodzi o Twój wzorzec, widzisz odbicie. Czego tej osobie nie dajesz? Co chcesz uchronić? Kontrola idzie zawsze po jakiejś naszej „nieprzytomności i poźniejszym obwinianiu się za to”. Taki przykład: Jak w jakimś wcieleniu ćpałam i straciłam dziecko przez swoją nieprzytomność, to teraz w tym wcieleniu właczyłam czujność i kontrole…
    Za prowokowaniem też stoi „coś co przyszło po odczucie Ci znane” – przyszło wyjąć to z Ciebie, żeby uświadomomić.

  4. SwiatDucha
    Kwi 27, 2012 @ 22:29:20

    Tak.
    Pamiętam, jak byłem dzieckiem, kiedy jeszcze nie odnowiły mi się te wszelakie karmiczne zależności [a też aura moja była malutka, mało kto z nią interferował]. Patrzyłem na świat spokojnie, nie miałem takiego postrzegania, i oczywiście takich emocji, jak dzisiaj. Już samo to wspomnienie może być trochę leczące, przywodząc na myśl różnicę.

    Pumpel: karma ma tą ciekawą zdolność, aby ludzie i sytuacje naciskały w nas odpowiedni guzik, po którym przychodzi natychmiast bunt, walka. Oczywiście bezwolnie, bez naszej woli, jest to jak pajacyk z pudełka. Co z tym zrobić, pytasz? Pewnie pierwszym momentem byłoby zrozumienie, co tak naprawdę się dzieje.

    Davvidia,
    piszesz, Z jednej strony jest to pozostałość karmiczna, wzorzec, który się uruchamia.
    co rozumiesz pod słowami: „czego tej osobie nie dajesz? co chcesz uchronić?”? to są kroki ku świadomości.

    Z drugiej strony to jest pewnie palec Wszechświata poszturchujący nas: o, popatrz, masz coś jeszcze do zrobienia z tym obciążeniem.

    Obwinianie siebie przychodzi łatwo, zwłaszcza, że jesteśmy uczeni obwiniać siebie, nie zaś rozglądać się i szukać przyczyn naszych reakcji [niekiedy gwałtownych] wewnątrz siebie. Jednak Łazariew mnie przekonał – obwinianie siebie przyczynia się do destrukcji siebie. A więc, to nie jest dobra droga. Intelektem tego pumpel nie załatwimy. Nie zdusimy [skutecznie] emocji, chociaż można się oszukiwać, nawet setkami lat.

    „Łapię się na wewnętrznej walce”. Ja dążę do punktu, gdzie mógłbym powiedzieć: „Łapię moje emocje na wewenętrznej walce”. Jest to droga pewnego zdystansowania się od.. własnego organizmu. W nim bowiem czuję emocje. Jestem oczywiście mocno zjednoczony z ciałem, więc sprawa jest trudna, czy nie dyskusyjna. Gdy jednak patrzę na ciało i Duszę jako na wykonawców dawnych decyzji próbuję szukać owych dawnych postaw, dawnych decyzji. Dlaczego tak się dzisiaj zachowuję, dlaczego mnie tak to nęka? Zwykle okazuje się, że podjąłem decyzję o kontroli.
    Dlaczego tak sądzę? Ponieważ w dzieciństwie nie czułem tej kontroli. Byłem też o wiele słabszy i ego nie uważało za stosowne _jeszcze_ na tyle kontrolować sytuacji z życia.

    Mogę dodatkowo powiedzieć, że zaniechanie kompletnie kontroli [póki co] też nie jest wyjściem. Stąd np. moje mocne działania administracyjne na witrynie – kasowanie, banowanie, dawanie ostrzeżeń. Oczywiście nie podoba mi się to i nie uważam tego za stan ostateczny, ale przejściowo jest to konieczne, aby nie utonąć w rozmytych zasadach. Zauważyłem, że właśnie to rozmywanie się zasad krok. lubią najbardziej – przy tym najbardziej deprawuje się [rozkłada się] Dusza [a krok ma najwięcej żarcia]. Stąd dzisiaj widziałem na zdjęciach z biednych Indii zadowolone twarze, a na wrocławskiej ulicy – niezadowolone. W Indiach mają znacznie ostrzejsze warunki życia.

    Dusza, czy też dziecko bardzo dobrze reagują [poczuciem bezpieczeństwa] na jasne, przejrzyste reguły. [nie chodzi o drakońskie, jak się może kojarzyć, a o zdecydowane, dające wymierne korzyści] I to my [Świadome Ja, Jaźń] mamy je obecnie sobie zapewnić. To jest rodzaj samowychowania, czy też wzięcia siebie [wewnętrznego dziecka, Duszy] w opiekę.

  5. pumpel
    Kwi 28, 2012 @ 09:02:45

    Musiałam to sobie przemyśleć. No dobra, będzie długo:

    >karma ma tą ciekawą zdolność, aby ludzie i sytuacje naciskały w nas odpowiedni guzik, po którym przychodzi natychmiast bunt, walka. Oczywiście bezwolnie, bez naszej woli, jest to jak pajacyk z pudełka. (…) pierwszym momentem byłoby zrozumienie, co tak naprawdę się dzieje.

    Wydaje mi się, że wiem, co się dzieje. Sprawa jest osobista, chodzi o relacje z mamą. Już nie jestem na etapie pajacyka z pudełka, natomiast widzę zależność: jeśli jakieś moje potrzeby są niezaspokojone, sama sobą nie zaopiekowałam się wystarczająco, wtedy niejako z automatu brak jest wewnętrznej przestrzeni pozwalającej z akceptacją patrzeć na świat i po prostu przyzwalać rzeczom na dzianie się tak, jak się dzieją.
    Z tym, że będąc w sytuacji, w jakiej jestem, nie widzę sposobu, żeby autentycznie się odprężyć i odpocząć (robię, ile mogę). Więc reakcje na przyciskanie guzików, tak jak to widzę, wynikają głównie z psychicznego i fizycznego zmęczenia. Mojej mamy dwa kroki plus wejście dbają już o to, żebym za bardzo nie wypoczęła. 😉 Nawet powiedziałabym, że wejście jest bardziej męczące, bo działa niemal bez przerwy. Według mamy „ona sobie przecież tak tylko gada i to nic nie znaczy”, natomiast dla mnie to „gadanie” jest jak zasysanie energii z otoczenia, takie zamulanie psychiczne powodujące brak chęci do robienia czegokolwiek. Przy tym staram się pracować w kierunku uwolnienia od własnego kr. i to już jest naprawdę dużo jak na jedną mnie.
    Krok atakuje raz na jakiś czas, tylko, gdy poczuje w otoczeniu silne emocje. Wtedy wywołuje ból i bunt o wiele większy niż wejście, ale – może paradoksalnie – łatwiej mi to przeżyć właśnie dlatego, że to jest krótki atak. Długofalowe skutki to już inna sprawa. Moim wypracowanym przez lata sposobem radzenia sobie z tym kr. jest zastyganie na emocjach i przekierowywanie energii wyżej (nie zawsze zdążam, ale na ogół się udaje). Typowa rozmowa z mamą:

    M: Oczywiście jak zwykle nie zrobiłaś (tego lub tamtego)? (Z reguły mowa tu o czymś, co właśnie przed chwilą zrobiłam 🙂 Wraz ze słowami idzie potężny ładunek prowokacji w postaci tonu, uśmieszku itp.)
    Ja (kamienna twarz, pełen spokój): Dlaczego tak uważasz?
    M (wybita z uderzenia, nie wie, co powiedzieć): No bo… bo ty nigdy o tym nie pamiętasz / zawsze tak robisz… itp. (dobry wstęp do dłuższej tyrady i westchnień, jak jej źle z winy otoczenia, najczęściej mojej)
    Ja: Jeśli uda mi się zdążyć, zanim tyrada się rozkręci, pokazuję po prostu, że to, co chciała zostało zrobione. Wtedy mama oddala się obrażona, że nie spełniłam jej oczekiwań. Jeśli nie zdążę, ja się oddalam, żeby na osobności popatrzeć na niebo i głęboko pooddychać.

    Żeby nie było wątpliwości, te relacje uważam za mocno niezdrowe, natomiast zostały one wypracowane metodą prób i błędów jako powodujące najmniejsze obrażenia. Takie zło konieczne – bo na dłuższą metę życie w ciągłym tłumieniu emocji zdrowe nie jest… Może jest jakaś inna metoda, tylko jej nie znalazłam? Poza fizycznym odseparowaniem się od gada, oczywiście. Jak wspomniałam wcześniej: podjęłam kroki w kierunku przeprowadzki, na jesieni zmieniam miejsce zamieszkania. Wtedy sytuacja zmieni się automatycznie, natomiast do tego czasu próbuję sobie radzić najlepiej, jak umiem.
    Przełomem była analiza wykonana przez Andrzeja, dzięki której udało mi się zobaczyć osobno mamę, osobno obciążenia. Teraz w relacji więcej jest spokoju, we mnie mniej buntu. Tzn. jeśli akurat żadne obciążenie nie jest aktywne, wykorzystuję te momenty na normalny kontakt, a nie na odgrywanie się za wcześniejszy ból. A zarazem pojawiła się zgoda wewnętrzna na przeprowadzkę, uwolnienie od mamy na zasadzie „nie przeze mnie jest, jaka jest, i nie ja ją zmienię”.

    >Czego tej osobie nie dajesz? Co chcesz uchronić?
    Dobre pytania, musiałam się zastanowić. Nie daję miłości, którą mama chciałaby dostać. Ten brak boli także mnie, ale nie widzę w tej chwili możliwości wielkich zmian. Na razie sukcesem jest wyzbycie się poczucia winy, z którym dorastałam. Co chronię? Własne emocje przed podeptaniem, to chyba wynika z tego, co napisałam wyżej. Tu można by długo pisać, na razie wolę, żeby przemyślenia zostały w mojej głowie.

    >Intelektem tego pumpel nie załatwimy. Nie zdusimy [skutecznie] emocji, chociaż można się oszukiwać, nawet setkami lat.
    Jasne, że nie załatwimy. I na pewno nie mam zamiaru się oszukiwać. Ostatnie lata to dla mnie jeden wielki ciąg odkryć, demaskowania oszustw z przeszłości. A im dłużej żyję, tym bardziej własnych emocji jestem świadoma, choć przyznaję, że było dla mnie niesamowitym odkryciem stwierdzenie, że można wsłuchiwać się w swoje odczucia, ufać im i kierować się nimi. To był prawdziwy przełom w życiu. Choć nie powiem, mam tu jeszcze sporo pracy, wciąż jest to dla mnie jak odkrywanie nieznanego lądu 😉

  6. SwiatDucha
    Kwi 28, 2012 @ 22:28:42

    Warto było napisać dłuższy komentarz! 🙂 Pokazujesz to, co się dzieje, co Cię spotyka i pracę nad świadomością. Mówią, że wypowiedzenie [napisanie] też jest środkiem łagodzącym cierpienie. 🙂

  7. SwiatDucha
    Kwi 28, 2012 @ 22:29:49

    Nie jest ok, też przyczynia się do destrukcji, tyle, że świata.
    Ł. mówi tak: czym jest obrażenie się na drugiego człowieka? Jest to podświadoma chęć aby umarł. I osoby, które posiadają duże zdolności materializacji tak mają – Ł. daje przykład, pewien pan, jak się na kogoś obraził, to tamtemu stanęło serce. I ten pan zaczął się tego bać [co może się stać z powodu jego postawy]. Gdy dowiedziało się o tym KGB, to go poszukiwało, on się ukrywał, aż musiał emigrować. Potem długo pił wódkę i umarł.

    [AK: Generalnie wydaje się, że część opowieści Łazariewa o przypadkach, które zna, kończy się tak: „musiał wyjechać z kraju, zarobił dużo pieniędzy/albo nie zarobił, zaczął pić, długo pił i umarł”. :)]

    Jeśli otrzymujemy dużą energię z góry, a nie jesteśmy na nią gotowi, to wtedy może być to niekorzystne.

    Ł. mówi, że gdy dostaniemy wysoką energię, to wtedy cały świat powinniśmy traktować jak dziecko. Aby nie było obrażania się, oceniania, drażliwości, negatywnych postaw, zawiści.

    Co zrobić, aby człowiek w dzisiejszej cywilizacji przeżył?

    Trzeba przyhamować instynkty. Instynkty są dobre, ale niewolnicza zależność od nich daje proces umierania, człowiek przekształca się w zwierzę. Potrzebuje wstrzymać instynkty i nauczyć się kochać.
    Potrzeba wstrzymać instynkty, aby energia, która na nie idzie poszła na Duszę i na miłość.
    I znowu jest lista postaw, które trzeba oczyścić [zawiść, chciwość, zachłanność na pieniądze, na status, na prestiż, zachłanność na dobrostan, na komfort]. Jeśli nie chcemy tego osiągać, to miłość w duszy się nie pojawi. Można deklarować miłość, „Ja cię kocham!”, ale to będą tylko słowa. Oprócz słów trzeba konkretnie w czynach udowodnić, że gotowy/a jesteś się coś poświęcić na rzecz tego drugiego człowieka.

    [To bardzo ciekawie brzmi w dzisiejszych czasach, gdy trend jest właśnie odwrotny. Może być, że dążąc do luksusu, prestiżu i pieniędzy ludzie oduczają się miłości. ]

    Gdy zaczniemy patrzeć się na świat z takiego punktu widzenia, że sami jesteśmy miłością, to zaczyna się szansa na przeżycie. Trudno uwierzyć w to, że jakieś delikatne odczucia w naszej Duszy, które nazywamy miłością mogą ochronić nasze życie fizyczne. Ale ja to widzę co raz, mówi Ł. Wiele lat to widzę na przykładach pacjentów. U człowieka pojawia się odczucie miłości i woli Bożej i przechodzi rak, zmienia się charakter. Tylko temu trzeba się poddać. Ten mechanizm jest już znany od 2000 lat.

  8. Davvidia
    Kwi 30, 2012 @ 21:20:06

    „>Czego tej osobie nie dajesz? Co chcesz uchronić?
    Dobre pytania, musiałam się zastanowić. Nie daję miłości, którą mama chciałaby dostać. Ten brak boli także mnie, ale nie widzę w tej chwili możliwości wielkich zmian. Na razie sukcesem jest wyzbycie się poczucia winy, z którym dorastałam. Co chronię? Własne emocje przed podeptaniem”

    Stoi obok Ciebie po pierwsze karmą rodzinną, mama nie dostała od swojej mamy, to teraz zachłannie chce brać od Ciebie uwagę – pod przykrywką której stoi brak miłości jej matki do niej. Rodzice tak jakby staja się nagle „naszymi emocjonalnymi dziećmi”. Druga sprawa wzorzec rodzica, to często przypomnienie karmiczne naszego wzorca – stoi i gada do nas: patrz na to i wyciągaj wnioski. I ile osob nie wyciąga wnioskow i poźniej staje się swoim rodzicem? W powzszym poczucie winy ma swoj głębszy sens, tylko nie jest zrozumiały tak od początku, dopiero po zyciowych badaniach siebie na ścieżce rozwojowej obserwujemy, że tamtym poczuciem winy odkupiliśmy, to kim jesteśmy teraz. Nie bez powodu wcielamy się dokładnie w takie warunki i w taką rodzinę. To wygląda tak jak byśmy mieli się samym sobie obrzydzić do tego stopnia, że aż zmienić raz na zawsze 😀
    Mama ma rolę do odegrania w tym teatrze życiowym i jest to ściśle związane z tym co stoi za Twoimi plecami i w duszy gra. Nie jest łatwo spojrzeć na to trzeźwo i przytomnie, ale jak juz zobaczymy prawdziwe sedno nas samych, to zrozumiemy jakie perfekcyjne jest powiazanie naszego programu i programu rodziny w ktorej jesteśmy. Są to lekcje do odrobienia i jak nie „wyjdziemy” (uciekniemy) z tego, to jest szansa, że rodzic też odrobi swoją lekcje pod wpływem zwrotu karmicznego/emocjonalnego już dorosłego dziecka, które potrafi mówić, a nawet się stawiać ; ))

    Na pewno warto pooczyszczać swój stosunek do rodziny i wypowiedzieć wolę, że oni to nie ja i nie biorę tego co nie jest moje..

  9. SwiatDucha
    Maj 03, 2012 @ 23:13:56

    „To wygląda tak jakbyśmy mieli się samym sobie obrzydzić do tego stopnia, że aż zmienić raz na zawsze”

    To jest zadanie Duszy – doprowadzić do tak dużego kryzysu, aby rozpoczęte zostały zmiany. Tu uwidacznia się automatyzm Duszy, która nie jest zbytnio „mądra”, pozostawiając miejsce na rozwinięcie się mądrości dla Nas, czyli Świadomego Ja [Świadomej Jaźni]. I tak długo będzie nieuprzejmie i niemądrze nękać, aż delikwent/ka weźmie sprawy w swoje ręce.

  10. pumpel
    Maj 04, 2012 @ 10:27:35

    Tak to wygląda, ale chyba nie jest tak, że dusza myśli sobie „no dobra, to teraz doprowadzę do kryzysu, żeby coś się ruszyło” 😉
    Powiedziałabym, że dusza po prostu pragnie coś zrozumieć, nawiązać kontakt, albo może coś wyrazić… I będzie próbować, aż się uda, albo aż zrozumie, że nie ma na to szans z konkretnego powodu. Albo wręcz przeciwnie, jak czegoś nie chce, to zatka gardło, zatrzyma rękę, sparaliżuje ciało, żeby tylko osobowość nie zrobiła czegoś wbrew (z doświadczenia). Taki automatyzm, jak już wspomniałeś. Jeśli dusza z osobowością mają pragnienia sprzeczne, to faktycznie, nie ma lekko – może rzeczywiście dusze młodsze są elastyczniejsze, nie wiem. Moja wie swoje i żaden czołg jej nie ruszy 😉
    W takich przypadkach stosuję zwykle (nie wiedząc jeszcze do niedawna, że rozmawiam z duszą) coś w rodzaju negocjacji. Nie chcesz duszo tego zrobić? Dobrze, to daję ci rok (tydzień, miesiąc itp), załatw sobie co tam masz do załatwienia, a potem – chcesz czy nie – zrobię po swojemu. No, chyba, że przekonasz mnie do zmiany decyzji, bo i tak może być.
    Dajmy na to, że chcę się przeprowadzić, wiem, że to byłoby dobre dla mnie i dla dziecka, byłoby więcej swobody, spokoju, możliwości itp. Nadarza się okazja – i dusza podnosi raban. Tzn. nagle czuję coś, co mogę opisać tylko obrazowo: jakbym próbowała zwiać z matury tylko dlatego, że mam tremę. Czuję, że po prostu nie mogę tego zrobić, to przekreśla całą przyszłość, reszta mojego życia będzie po prostu bezsensowna. Dla logicznego umysłu sensu to nie ma, a dusza się upiera i koniec. W takim przypadku wyznaczenie duszy terminu wydaje mi się jedyną opcją – zwykle jeszcze przed jego upływem okazuje się, że teraz już zero problemów, mogę się wyprowadzać. To się oczywiście wiąże z jakimiś zmianami wewnętrznymi, tj. coś tam zrozumiałam, dowiedziałam się, przerobiłam. (albo dusza zrozumiała, przerobiła itp. – to w sumie to samo).

  11. SwiatDucha
    Maj 04, 2012 @ 13:34:28

    To, co opisujesz, ta reakcja Duszy wynika z jej postawy, z jej przeznaczenia – nawet gdy jesteś do czegoś przekonana, to ona próbuje [emocjonalnie] wywiercić dziurę w całym, aby więcej przeżywać. Niekoniecznie mądrzej, zdrowiej, czy bogaciej, bardziej komfortowo. Jeśli tylko byś skręciła na jej ścieżkę to ona cała happy zaczyna nurzać się w doświadczeniach.

    I z tą właśnie uwagą – jeśli dokonujesz zmian wewnętrznych, jak Dusza jest realnie przekonywana do czegoś, to można bezproblemowo owe zmiany wprowadzać. Tak jak z koniem – można wiele dokonać, tyle, że trzeba wiedzieć, jak się z nim obchodzić.

  12. Feniks
    List 19, 2015 @ 17:32:08

    Naczytałem się o różnych technikach pracy nad sobą ( sam je stosowałem ) ; oczyszczanie intencji , afirmacje , modlitwy intencjonalne itp. ; no i powstaje pewnego rodzaju niespójność w podejściu S.Ł. a innymi technikami samorozwoju – gdzie wystarczy tylko przekonać podświadomość do realizacji własnych celów . Czy taka praca ma sens w świetle twierdzenia wynikającego z nauk S. Łazariewa, że : „Stąd, jeśli się modlimy, to nie róbmy tego z powodu chęci wyzdrowienia, a z powodu miłości do Boga.
    Kocham Cię Boże – a potem może przyjść reszta.
    Głównym rezultatem modlitw, pracy nie jest wyzdrowienie, nie zmiana losu, a zmiana charakteru [zmiana wewnętrzna]: poczucie lekkości, radości, miłość do świata, poczucie jedności ze światem.”

  13. SwiatDucha
    List 19, 2015 @ 20:46:20

    Feniks:

    „gdzie wystarczy tylko przekonać podświadomość do realizacji własnych celów”
    – takie „techniki” to raczej można by nazwać jakimiś praktykami magicznymi.
    „Mechaniczne” wykonywanie praktyk rozwojowych, czy nawet oczyszczających, istotnie może przynieść niespecjalne jakieś wyniki. Stąd warto odwoływać się do Boga i prosić o jego łaskę.

    Leszek Żądło powtarza słowa o istotności intencji przy praktykach rozwoju duchowego. W magii zaś ludzie nie są [chyba] za bardzo świadomi z jakimi intencjami wykonują praktyki. Tym to się różni od rozwoju duchowego, duchowości. Praktyki mogą być podobne, ale intencje i świadomość – mogą być różne.

    Jeśli intencje działań są prawidłowe, to efekty będą bardziej lub mniej korzystne. Ale korzystne.
    Leszek także często praktykuje modlitwy do Boga i Wyższych Jaźni. Robi to z rozeznaniem, że to od Boga pochodzi i życie i łaski.

    Psychosomatyka uczy [tak jak i Awiessałom Podwodnyj], że w ciele fizycznym realizują się efekty postaw utrzymywanych w wyższych ciałach, czyli w ciałach myślowych oraz emocji. I to się realizuje w życiu danego człowieka.

    Jeśli, jak piszesz, ktoś pracuje nad sobą, oczyszcza niepoprawne postawy. Przyjmuje i utrzymuje poprawne postawy wewnętrzne [także z pomocą modlitw, ale nie tylko] i daje to: „poczucie lekkości, radości, miłość do świata, poczucie jedności ze światem” to jego świat będzie nadążał za tymi postawami i tak samo będzie przyjemny i pogodny. Oraz można się spodziewać zdrowienia.

  14. SwiatDucha
    List 19, 2015 @ 20:46:20

    Feniks:

    „gdzie wystarczy tylko przekonać podświadomość do realizacji własnych celów”
    – takie „techniki” to raczej można by nazwać jakimiś praktykami magicznymi.
    „Mechaniczne” wykonywanie praktyk rozwojowych, czy nawet oczyszczających, istotnie może przynieść niespecjalne jakieś wyniki. Stąd warto odwoływać się do Boga i prosić o jego łaskę.

    Leszek Żądło powtarza słowa o istotności intencji przy praktykach rozwoju duchowego. W magii zaś ludzie nie są [chyba] za bardzo świadomi z jakimi intencjami wykonują praktyki. Tym to się różni od rozwoju duchowego, duchowości. Praktyki mogą być podobne, ale intencje i świadomość – mogą być różne.

    Jeśli intencje działań są prawidłowe, to efekty będą bardziej lub mniej korzystne. Ale korzystne.
    Leszek także często praktykuje modlitwy do Boga i Wyższych Jaźni. Robi to z rozeznaniem, że to od Boga pochodzi i życie i łaski.

    Psychosomatyka uczy [tak jak i Awiessałom Podwodnyj], że w ciele fizycznym realizują się efekty postaw utrzymywanych w wyższych ciałach, czyli w ciałach myślowych oraz emocji. I to się realizuje w życiu danego człowieka.

    Jeśli, jak piszesz, ktoś pracuje nad sobą, oczyszcza niepoprawne postawy. Przyjmuje i utrzymuje poprawne postawy wewnętrzne [także z pomocą modlitw, ale nie tylko]: „poczucie lekkości, radości, miłość do świata, poczucie jedności ze światem” to jego świat będzie nadążał za tymi postawami i tak samo będzie przyjemny i pogodny. Oraz można się spodziewać zdrowienia.

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: