Czego można od ludzi oczekiwać?


A właściwie „czego ja mogę od ludzi oczekiwać?”, bo ten tekst to rodzaj opowieści osobistej.

.

Jak byłem dzieckiem patrzyłem na ludzi tak jak na siebie. Myślałem sobie – o, jak ja chcę dobrze, jak chcę przyjaźnie się zachowywać się wobec innych, to inni też będą się przyjaźnie zachowywać wobec mnie. Niestety, częściej tak się nie zdarzało, niż zdarzało.

To zacząłem mówić sobie: no jak – inni chłopcy są nieprzyjaźni, dlaczego? Czy nie można powiedzieć im, żeby byli przyjaźni? Próbowałem, natomiast nic to nie dało. Nawet nie bardzo się dało. [Dzisiaj wiem, że osobnicy z krokodylem, mimo, iż tak atrakcyjni, właśnie poprzez atakowanie innych karmili się ich energią. I nie po drodze im było być „lepszymi”, bo właśnie w obrębie bycia dobrym nie mieli takiego sukcesu, na jaki liczyli.]

Po dłuższym czasie, w liceum miałem też duże dylematy. Bardzo się dziwiłem, że niektórzy znajomi są zestrachani, zahukani [chociaż ja nie byłem taki]. Może nie byłem jakimś liderem, natomiast oczekiwałem żywych, przyjacielskich kontaktów, bo wiedziałem, że tamci są ludźmi wartościowymi. [Nie byłem niestety zaznajomiony, że osoby te mogły mieć mocne obciążenia duchowe w rodzaju pogryzień lub zatruć od wejść. Z takimi sprawami ludzie raczej wycofują się, starają się wejść w rutynę, która daje im namiastkę bezpieczeństwa.]
Z drugiej strony już wyczuwałem, że są pozerzy, którzy starają się zagrać kogoś lepszego niż są i udaje im się zdobyć aplauz większości. Taka mało rozgarnięta reakcja większości osób bardzo mi dawała nieprzyjemne doznania, zrozumiałem bowiem, że wiele osób nie jest w stanie odróżniać prawdziwości od lansowania się [krokodylego, rzecz jasna].

Po liceum nadal byłem zniesmaczony światem – widziałem niesprawiedliwość, wyzysk, nadużycia. Widziałem tych, którzy atakowali i ich ofiary. Byłem nieprzyjemnie zaskoczony tym, że wymiar sprawiedliwości jest pewną namiastką doprowadzania spraw do prawidłowego stanu. Wtedy dosyć mocno odnowiły mi się reakcje „naprawiania świata”, odczuwałem mocne pragnienia, aby „było prawidłowo”, nie zaś tak ułomnie, jak jest. Nie widziałem w świecie wyższego porządku, patrzyłem na ten nieporządek, który miałem przed oczami i uznawałem, że powinien być poprawiony.

Idąc do pracy też miałem wymagania wobec ludzi. Aby byli solidni, rzetelni, słowni. Mało kto taki był. Trochę robili błędów, jak każdy, natomiast zdumiało mnie ile miejszych lub większych niegodziwości potrafią uczynić jednakże ukrywając to pod podszewką „poprawnego funkcjonowania”. A instytucje, system wspomaga takie postawy, nie wyciągając wniosków, i np. nie karząc winnych.
Wkurzyło mnie to, powiem szczerze.

Jednak wtedy już miałem pewne silne przebłyski innego systemu, który góruje nad ludzkim – systemu karmicznego. Już zaczynałem patrzeć się na ludzi jako na kolejne inkarnacje dawniej żyjących. Powoli zaczynałem rozumieć, że to, na co patrzę jest jakimś teatrem, gdzie aktorzy i widzowie są poprzeplatani, gdzie ktoś kiedyś był aktorem, a tera powtarza swoją ułomną kwestię po raz enty i .. może nadal niewiele z tego rozumieć.

Ja sam zacząłem z tego niewiele rozumieć – jeśli ci ludzie żyjący w takiej niewiedzy reinkarnacyjnej, żeby nie powiedzieć ignorancji, aby ich nie obrażać, mają na swoich barkach ileś stuleci doświadczeń i.. nic? I nadal nic nie rozumieją i brną dalej w te same chore wybory? To co tu się dzieje? W jakim kiepskim teatrze ja gram i jakie role?
Na szczęście w tamtym czasie intensywnie oczyszczałem swoją karmę z pomocą regresingu i wiele spraw odchodziło, w wielu zyskiwałem zrozumienie. Dusza jednakże nie starała się jakoś specjalnie nadążać – to co dla Świadomego Ja zaczęło się klecić we w miarę spójny obraz, dla Duszy nadal było mniej więcej szarą masą.

Zawód, który wykonywałem nie przyniósł mi kariery, Dusza zawiedziona bardzo, no jak to, ja tak utalentowany, tak starający się, a tu tak niewiele? Zresztą to samo powtarzali znajomi, rodzina, koledzy w pracy – weź się w garść, to będzie ci łatwiej, osiągniesz sukces. Taa.. już ja widzę wasz sukces – brak świadomości, stargane nerwy i zdrowie, brak radości w życiu. Nie, mówię, nie dam się na to naciągnąć. Zrobiłem tyle, ile było potrzeba dla dobrego życia na przyszłość i podziękowałem. Uznałem, że nie mogę oczekiwać od nich tego, aby zbudowali moją zdrową przyszłość – ci, którzy sami byli chorzy i nieświadomi. Nie było sensu na nich stawiać, ani na ich sposoby życia.

Dodatkowo rozwinąłem system analiz obciążeń duchowych. Okazało się, że tak wiele osób jest „nietrzeźwych” w tym życiu, że.. tak naprawdę trudno uznawać, że mogą coś sensownego od siebie powiedzieć, bądź zrobić. Tak więc moje pytania: „Czego od ludzi oczekiwać? Czy mogę mieć wobec nich jakieś wymagania?” radykalnie się przetasowały – już nie tyle czego mogę oczekiwać, a jacy są ci ludzie, czy mają potencjał do tego, czego od nich chciałbym wymagać?

Przyszły nauki o wieku duszy. Okazuje się, że jeśli mam starszą duszę, to jest ogromna większość ludzi, którzy są młodsi Duszą i nie ma co od nich oczekiwać jakiegoś zrozumienia moich motywacji, pragnień. Jeśli moje pragnienia są na poziomie jakimś zupełnie podstawowym, to jeszcze, coś tam skumają, natomiast sprawy duchowe? Należy zapomnieć.
I z dosyć dużym bólem, ale musiałem przyznać, że od wielu osób oczekiwałem tego poziomu duchowości, którego osiągnąć nie byli w stanie.

Podobnie jak zacząłem wahadłować ciała subtelne – odpowiednio wysoki poziom potrzeba np. aby poczuć się Dzieckiem Bożym. Jak się ma nie rozwinięte aż tak owe ciała, to nawet jeśliby nasyłać inkwizycję, to nic z takiego poczucia się nie wydusi z owego delikwenta. Więc kolejna porażka [mojej postawy oczekującej]: jeśli istotnie wierzę w moje własne badania, to powinienem porzucić oczekiwania, że takie osoby będą współodczuwały moje przeżycia np. duchowe. Hmmmm…. bardzo niekomfortowo się poczułem, mocno osamotniony [jak zobaczyłem ilu jest ludzi, którzy mogą być mi pod tym względem bliscy].

Dalej. Jak zacząłem wahać nosiciel krokodyli, to myślałem, że są to „normalni ludzie”, tylko z pewną skazą charakteru. Przypatrywałem się owej skazie i zaczęła się ona jawić jako tytanowo mocna, bezwzględna, natomiast nosiciel zwykle sam stawał się w moim oglądzie często bezwiednie miotany krokodylimi poruszeniami. Osobowość oczywiście atrakcyjna, wie co powiedzieć [w odróżnieniu do mnie], może się podobać.

Bardzo chciałem mieć dobre stosunki z takimi – jakby nie było atrakcyjnymi -osobami. Niestety, im bardziej przekonywałem się gdzie jest nosiciel, a gdzie krokodyl, to uznałem, że bardziej mi zależy na kontakcie z agresorem. Zdziwiłem się sam ze swojej postawy. Ale jednak, aby być rzetelnym, musiałem przyznać, że krokodyle mi imponowały i wręcz im zazdrościłem. A osoba nosiciela, którą odróżniałem od kr, już aż tak atrakcyjna sama z siebie dla mnie nie była. Zdziwiło mnie to, ponieważ zawsze myślałem, że taka osoba mi imponuje. A to imponował mi krokodyl.

No dobrze, mówię sobie, jeśli Dusza chce relacji z krokodylem, to niech sobie dokładnie te istoty poogląda. Po pokazaniu jej kto jest kto, Dusza zapragnęła, jak za dawnych czasów ruszyć na krucjatę przeciwko złu… Hmm, mówię, Duszo, zobacz, kim oni są, czy ich zwyciężysz? Nie, są zbyt silni. Czy możesz Duszo im zrobić jakąś krzywdę, uszczuplić ich? Nie, nie można. Więc czego u licha się ich czepiłaś, nie warto raczej ręce zabrać od tych szarpiących energii i zająć się swoim życiem? Dusza zaczęła się zastanawiać i powoli zaczął się proces odczulania, odwyku od nawyku atakowania krokodylców.

Z czasem  więc zacząłem dochodzić do zrozumienia czego mogę oczekiwać od ludzi z kr. Czego? Ano bycia kulturalnie pomiatanym, wykorzystywanym [o ile się dam]. Mogę od nich oczekiwać egoizmu, mogę oczekiwać pychy, oraz wycofania i nagłego a przekonująego pokazywania „swojego zranienia”, gdy zdecydowanie zareaguję, gdy mi postawa krok. nie odpowiada. Krokodyl się chowa, a po głowie dostaje osobowość nosiciela i jest „taka przybita, taka rozczarowana, jak ja mogę w ogóle być taki nieludzki” w relacji z tą osobą.. No tak, schizofrenia normalnie. Właśnie to jest norma – on może kąsać, gryźć, piłować na pół człowieka, ale jak się wkurzę i powiem „hola”, to taki nagle biedny i pokrzywdzony… Zakłamanie mocne.

Kolejne moje przemyślenia dotyczyły pozostałych grup obciążeń duchowych: wejść, pogryzień i zatruć w wyniku energii wejść. Podobnie – chcąc nie chcąc – musiałem przeanalizować jeszcze raz dokładnie moje relacje z takimi ludźmi, o ile miałem być rzetelny wobec siebie i świata. O ile miałem rzetelnie, poprawnie się odnosić do tych ludzi, musiałem wziąć pod uwagę wszelkie wynikające z powyższych przypadłości cechy charakteru. Trochę to trwało, natomiast znowu poczułem się niespecjalnie pocieszony. Okazało się, że wymagać wiele od takich osób nie można. Możnaby powiedzieć inaczej, tak jak jeden biznesmen – należy wiedzieć, kto do czego jest zdolny i wymagać odpowiednio do zdolności. A nie tak jak ja wymagałem niemal od wszystkich, aby byli wysoko rozwinięci i czyści duchowo. Moje wymagania były oczywiście zbyt duże.

Dodatkowo przyszło pocieszenie – dowiedziałem się, że im więcej akceptuję, tym sam mogę być zdrowszy, tym więcej w moim życiu może być porządku, ładu, tym więcej racjonalności, ponieważ tym więcej realnie działających zasad biorę pod uwagę. I im bardziej realnie podchodzę do ludzi, tym moje relacje mogą być bardziej adekwatne [do wieku duszy, do poziomu rozwoju ciał, do ew. obciążeń duchowych]. Dzięki temu moje relacje są o wiele przyjemniejsze, czuję zresztą o niebo więcej wyrozumiałości dla ludzi. Nie powiem, żebym miał dla iluś współczucie – mają bowiem, na co zasłużyli, natomiast już nie dokładam im do niesionego przez nich ciężaru. Zrozumiałem, że oprócz systemu ludzkiego, jest system wyższy, w którym sprawiedliwie, choć nie natychmiastowo rozdzielane są nagrody i lekcje do przerobienia.

Reklamy