Proces wtórny u krokodyli

Chciałbym dzisiaj opowiedzieć o procesie, który przechodzą osoby posiadające krokodyla. Proces pierwotny [z którym się chcą utożsamiać] jest dosyć znany: jest to duże ego, pragnienie dominacji, pewna bezwzglęność [najczęściej bez wyrachowania]. Itd. cechy te znajdziecie w art. o krokodylach. Wiele już o tym pisałem.

Jest coś jeszcze, co nosiciel wraz ze swoim zwierzaczkiem 😉 mają – otóż nadal noszą w sobie dziecko wewnętrzne. Tego mało się kto spodziewa, kto patrzy na takiego kogoś. Otóż takie osoby dają się postrzec jako dojrzałe [pisałem o tym], dorosłe, odpowiedzialne, zaradne w stopniu zdecydowanie powyżej średniej. Patrzysz oto na samca alfa, albo na kobietę, która rwie mężczyzn jak gruszki. No tak, a tu .. dziecko wewnętrzne?

 

To jest sedno procesu wtórnego – gdzieś tam pod spodem ów proces istnieje. Zachodzi on pod pewną powłoką, zwykle stłumiony. To, że mężczyzna lub kobieta ma krokodyla nie powoduje że jest on/a „zły/a”, czy „głupi/a”, czy też „straszny/a”, że jego Dusza nagle się przekonwertowała na satanizm. To, co się z nim dzieje jest wynikiem dawnych jego/jej wyborów i teraz jest prezentowane jako wysoce szkodliwe niekiedy zachowania. Niegdyś stało się tak, że ów ktoś zdecydował, iż czuje się np. gorszy, mniej zdolny, upośledzony pod jakimś względem od innych. Wzięcie krokodyla jest kompensacją. I ową kompensację, zwiększenie poweru widać, słychać i czuć – oto proces pierwotny. Jednak od czasu do czasu, w odpowiednich warunkach pojawia się na powierzchni proces wtórny i odkrywamy, że aż tak jednolicie super nie jest [tu warto zajrzeć do pism Arnolda Mindella o śniącym ciele, czyli Duszy].

 

Nie będę opisywać odczuć takiego kogoś mającego kr., ponieważ nie mam danych [może ktoś to dopowie?], ale powiem jak to obserwuję z mojej perspektywy.

 

Otóż co. Osoby z krokodylem są dobrymi znajomymi, wręcz przyjaciółmi, jeśli się jest „po ich stronie”. Ich zwykle kruche ego nie umie znosić często błahej uwagi o nich samych. [stąd pewnie powstała polityczna poprawność, aby się nie nadziewać na zęby kr ;)]

Miałem niejednego kolegę, niejedną koleżankę z kr. Miałem, ponieważ COŚ się stało.

 

Moje kłopotliwe znajomości

 

Zaczynało się zwykle podobnie i kończyło podobnie. Jako, że mam mocne energie yin u siebie, to zwykle dobrze się z ludźmi dogaduję, parafrazuję ich wypowiedzi [technika psychoterapii], szczerze współczuję, gdy coś się nie wiedzie. W ten sposób jestem po stronie owego znajomego, to naturalne.

 

Osoby z krok lubią to, ponieważ wspiera to ich wyobrażenie o sobie [czyli ego]. Ok, mówię, twoje ego, jak chcesz to sobie je wspieraj.

Jest to jednak już nie do końca zdrowe – osoba bez obciążeń nie po to się spotyka z innymi, aby wesprzeć swoje ego. Celem może być radość, wymiana doświadczeń, wspólny projekt, itd. jednakże swoje „ja” i kwestie emocjonalne ma ów ktoś zdrowy zachowane w dobrym stanie, nie musi sobie ich „dopracowywać”, wspierać poprzez relację.

Tak więc widać, że otwartość i pozytywną postawę strony A strona B może wykorzystać na różne sposoby: w uproszczeniu – zdrowe i .. nie całkiem zdrowe.

 

Gdy dalej zachodziła taka relacja, gdy zażyłość się zwiększała, to .. byłem obiektem zwierzeń. Tak, osoby z kr zwierzają się, tyle, że zwykle jest to z powierzchni – opowiadają długo o wydarzeniach. O sprawach zewnętrznych, swoich preferencjach, wyborach, książkach, o wiedzy, faktach, itd. A że są często odcięci od własnych emocji, to oczywiście mówią o faktach zaniechawszy opowiadania z przeżyciem o emocjach, o uczuciach. To by ich odsłoniło, zaczęliby CZUĆ, a tego ich Dusza panicznie się boi. Nie bez racji takie osoby są nazwane „nałogowcami unikania bliskości” [Pia Mellody „Toksyczna miłość i jak się z niej wyzwolić” wyd. Santorski].

 

Tu trochę proces się zaostrza – owszem, lubię rozmawiać, ale widzę i czuję, że zaczynam być nadużywany.

On/a by chciał/a dalej kontynuować, ponieważ zbiera energię ku sobie [z uwagą moją idzie energia – prawo Huny]. Miło się robi, chce więcej, a ja.. jakby zaczynam nie współpracować. Nie jestem tak zachwycony, jak się tamten ktoś spodziewa, jakoś proszę o coś dla mnie samego – tego w scenariuszu nie było! 😉

 

Po jakimś czasie, gdy osoba taka [przypomnijmy – aleksytymik, lekki socjopata lub osoba narcystyczna] zaczyna rozumieć, iż nie daję mu oddźwięku na tą treść bez soków, bez głębi przeżyć, energii, która z niego wychodzi. Czuję, że ta treść jest „na przynętę”, służy za nakłuwanie dla mojej energii, aby wyszła ze mnie ku tamtej osobie.

Ta osoba zaczyna być na mnie wkurzony/a. Czy słusznie?

 

Gdybym miał do czynienia z osobą zdrową [nieobciążoną] to nie byłoby sprawy, ponieważ nie byłoby obciążenia, które chce się żywić moją uwagą/energią. Poza tym, zdrowa osoba rozumie, że nie wszystko jest dla niej, i w relacji powinno być 50/50 czasu, uwagi, inspiracji, itd. Albo bardzo blisko tego 50%. Jeśli nie jest tak, to rozbudowuje się nierównowaga i zaraz będzie bum.

 

I tu ciekawostka. Owo bum, jak następuje, to jest w formie oskarżenia mojej skromnej osoby. Że się domagam, że za dużo słucham [a przecież tego osoba B potrzebowała, wręcz wyciągała to ze mnie], że dociekam. Ale nie – to ja jestem winny. No bo po prostu on/a nie daje sobie takiej możliwości. Nie dlatego brał/a krokodyla, żeby być czemuś winny/a.

 

Tłumaczenie mojej winy wg. prostej logiki jest śmieszne, ale jak rozpatrywać symbionta [czyli kr] wraz z jego cechami, to jest to obraz zupelnie spójny. Przecież krok przestał dostawać to, na co liczył, więc jest wściekły.

 

Taki scenariusz znajomości jest przewidywalny i .. niestety nieunikniony. Zarówno moja znajoma/ mój znajomy nie pała pragnieniem pozbycia się gadziny [obciążenia], czuje się z nią dobrze, bo ona wspiera ją/go. A z drugiej strony – ja też nie mam zamiaru ani poniżać kogoś, konfrontować go z czymkolwiek [np. wiedzą o jego stanie – przecież nie umówiliśmy się na terapię]. Dodatkowo nie mam zamiaru rezygnować ze zdrowych zachowań dążących do równości przepływu energii – kiedy zaczynam czuć się „podciągany” z energii, to puszczam łącza. A że ktoś akurat już wszedł w swój proces wtórny, że zaczął otwierać się mu magazyn z regresyjnymi energiami, dziecięcość.. no cóż, tak to się dzieje.

 

Modelowa relacja nieszczęśliwego małżeństwa

 

Tutaj dobrze sobie przypomnieć modelową relację alkoholika [Al] i jego współuzależnionej żony [Ż]. Współuzależnienie mówi, że tak jak on widzi wyjście z wszelakich kłopotów w alkoholu, tak ona – w nim.

Ów alkoholik posiada oczywiście krokodyla astralnego. Żona zaś zapatrzona weń jak w obrazek.

 

Ten model jest podobny do tego, co opisałem powyżej, ale jest bardziej zaburzony, bardziej niezdrowy.

 

Co się dzieje dalej, jak przebiega proces?

 

Na początku u Al występuje duża nadzieja, że może wreszcie ktoś go zrozumie, mówi sobie tak, widząc otwartość i przyzwolenie swojej żony. Tu jeszcze króluje proces pierwotny – Al jest przebojowy i mocno imponuje Ż.

Dalej Al zaczyna zbierać miód z relacji z Ż – po prostu czuje się dowartościowany [o wiele bardziej niż w relacji ze mną ;), ja jestem JUŻ mało zdolny i zanadto skoncentrowany na sobie :)]. Dlatego też Al może się mocno wkręcić w taki związek, czuje mocny komfort. Alkoholicy nazywają to komfortem picia [kiedy taki ktoś nadużywa alkoholu, ale jak wiecie jest wiele różnych krokodyli z różnych poziomów i takich rodzajów komfortu ze strony Ż może być wiele].

No i zaczyna się proces wtórny – gdy proces pierwotny ma swą kulminację, spod podszewki Al wychodzi trochę prawdy. A prawdy ten związek boi się bardzo. Okazuje się bowiem, że Al już nie jest aż tak krystaliczną postacią, a też Ż nie jest zdrowa a osaczająca jak bluszcz. Al nie jest już w stanie prowadzić swojego życia na wysokim C, wychodzą bowiem niedostatki emocjonalne, brak uczuciowości [kr żre już wtedy ile wlezie]. Ż z kolei zaczyna oplatać Al jak bluszcz. Nie tylko nie daje mu już tyle zachwytu, ale też zaczyna ssać z niego! O, co za niecna kobieta! 🙂 Tego on już nie jest w stanie wytrzymać: zaczyna mocniej pić i zaczyna ją obsabaczać, bo jak ona tak może!!!

 

A więc widzicie jak procesy pierwotne Al i Ż zamieniły się w procesy wtórne. Proces pierwotny Al – krystaliczny i czysty zamienił się w brud energetyczny i błoto [nierzadko przekleństw] procesu wtórnego.

Proces pierwotny zachwytu i przekonania Ż, że „już właśnie znalazłam tego jednego jedynego!” zamienił się w proces wtórny żebrania, ssania i kontroli [bo Al chce uciekać!!].

 

Nie bez przyczyny Al jest mężczyzną a Ż kobietą – to są typowe role, obsadzane przez osoby w odpowiednich wcieleniach swoich: Yin i Yang. Rola nosiciela [Al] i osoby z wejściem [Ż] są rolami zaburzonych energii – odpowiednio zaburzonego Yang [obciążenie symbiontem] i Yin [kobieta bluszcz, współuzależnienie – wejście]. Oczywiście odwrotności się również zdarzają. O ile ja jakże przepięknych, ponętnych kobiet z kr widziałem! i w ilu się zakochałem! [i ile mam szczęścia, że nie jestem z nimi w małżeństwie!]

 

U obojga wychodzą mające braki emocjonalne ich osobiste dzieci wewnętrzne [niedopieszczone, nieuzdrowione, poobciążane Dusze]. Póki tego nie przepracują sobie, to będą szukali kolejnych partnerów, kolejne razy będą się zachwycać i przeżywać totalne rozczarowania. Osoby mniej świadome dodatkowo zawierają związki małżeńskie w fazie procesu pierwotnego, ba, płodzą dzieci [jak się domyślasz, co owe dzieci przeżywają później..]. Młodsze dusze mają tu gorzej, ponieważ biorą one więcej za dobrą monetę, procesy świadomości mają wolniejsze, więcej im się zdarzeń toczy na zewnątrz, niż wewnątrz, są mniej podejrzliwe i intuicyjne niż dusze stare. Tak więc jeśli omija Cię zamążpójście [żonatość] to może właśnie Dusza się broni na swojej samotnej reducie przed totalnym disasterem małżeńskim? 😉

 

Ruch ku psychologii procesu i integracji

 

No i znowu – cóż za świat! – piszę artykuł o tym, jak się uchronić przed kłopotami..

Dusze [różne Dusze, te z którymi mam relacje, które mi dają cynk energetyczny], Dusze te jęczą mi, że tego potrzebują, że jeszcze coś trzeba im poopowiadać. A ja już mam powoli dosyć, chcę iść naprzód.

Dotąd bardzo mocno pokazywałem w tekstach różne sprawy z pozycji procesu pierwotnego: oto jest zaburzenie, a oto jest postawa zdrowa [bez obciążenia]. Ale to nie daje rozluźnienia – wręcz „namawia” [o nie!] do rozróżniania, oceniania, czy wręcz oskarżania [„o, on to ma krokodyla, to dlatego jest taki zły!”]

Dlatego, aby rozluźnić sytuację, aby pokazać, że proces pierwotny jest jedynie pierwszym przybliżeniem, podejmuję tematy procesów wtórnych i ich integracji z życiem [Psychologia Zorientowana na Proces]. Jest tu wiele o integrowaniu cienia, integrowaniu pojawiających się procesów wtórnych. W nich bowiem jest zgromadzona spora część naszych sił, naszych energii. Siedzą one w naszych obciążeniach, które czekają na oczyszczenie.

Działanie na procesie pierwotnym, na tym, co deklarujemy, nie wystarcza już, sytuacje i energie na świecie zacieśniły się tak istotnie, że większość istot jest „ponaciskanych”, ich energetyka jest na tyle już nabrzmiała, iż procesy wtórne wychodzą wręcz porami [sprawdź, czy ciebie to dotyczy?].

 

Dlatego też jedynym rozsądnym wyjściem jest uczenie się integrowania własnego procesu wtórnego. Odbywa się to przez wdrażanie tych dawniej niechcianych energii do pierwotnego życia, obejmowanie tych wypchniętych niegdyś cząstek. Te cząstki są złożone z niedziałających sprawnie energii zamotanych w nieprawidłowych wzorcach [czyli obciążeń, które nazywam duchowymi]. Dzięki zjednoczaniu się tych energii stajemy się kimś pełniejszym, choć zwykle nie prostszym.Prostsza wersja się bowiem nie sprawdziła – potrzeba było zepchnąć kawał jej w nieświadomość i tak żyć, a teraz odkopujemy. I tak stajemy się bardziej złożeni.

Ta komplikacja idzie ku dobremu – daje wyjście ku wyższemu ciału subtelnemu wraz z jego wyższym wglądem. Czyli sprawa się w końcu i tak przejaśnia, o ile podejmujemy ową pracę.


 

Reklamy

16 Komentarzy (+add yours?)

  1. greta minde
    Sty 04, 2013 @ 18:40:56

    W pierwszych słowach chcę złożyć wszystkim serdeczne życzenia noworoczne, wszelkiej pomyślności, urzeczywistnienia marzeń (tożsamych z realnymi potrzebami ;)) i radości z podążania ścieżką duchową.

    >Działanie na procesie pierwotnym, na tym, co deklarujemy, nie wystarcza już, sytuacje i energie na świecie zacieśniły się tak istotnie, że większość istot jest “ponaciskanych”, ich energetyka jest na tyle już nabrzmiała, iż procesy wtórne wychodzą wręcz porami [sprawdź, czy ciebie to dotyczy?].

    Muszę przyznać, że przez ostatnie 1,5 miesiąca Wszechświat postanowił mi zaprezentować w pełnej krasie, to o czym mowa w powyższym akapicie. Był to dla mnie duchowo okres jazdy na bardzo wysokich energiach, nie zawsze przyjemnych gdyż głównie krokodylich. A że w mojej najbliższej rodzinie, również od strony narzeczonego, aż roi się od astralnych (wielu alkoholików) oraz od mocno nieprzyjemnych wejść (żony), było co odczuwać i nad czym medytować.

    >Nie będę opisywać odczuć takiego kogoś mającego kr., ponieważ nie mam danych [może ktoś to dopowie?], ale powiem jak to obserwuję z mojej perspektywy.

    Proszę uprzejmie. 🙂 Najbardziej cenne dla mnie było ‚maglowanie’ własnych krokodyli, w stanie większej świadomości jest to tyleż trudne, co oczyszczające. Wydaje mi się, że byłam okresowo obciążona witalnym, astralnym i mentalnym (tu nie mam pewności) oraz wejściem, którego to obciążenia najbardziej się spodziewałam z moją dramatyczną misyjnością.

    Może to nie do końca w temacie, niemniej za najważniejsze uważam wybaczenie sobie tego, że się je przyjęło, i spojrzenie trzeźwo na powody, dla których były mi te obciążenia potrzebne. Moja Dusza prze do tego aby przedstawić to w ten sposób, a nie jest raczej niemowlęca.

    Otóż wybaczyłam sobie nadwrażliwość emocjonalną, która była mocno piętnowana przez osoby z obciążeniami z najbliższego otoczenia, a jest mi przyrodzona. Nie muszę już jej kompensować, bo ją akceptuję i nawet mnie czasem bawi.

    Wybaczyłam sobie to, że czułam się niedostosowana do wiecznie poważnej i skrzywdzonej rodziny z tą swoją skandaliczną wesołością i parciem do podążania własną drogą (co oczywiście brutalnie tłamszono). Mam prawo być sobą i cieszyć się kiedy tak odczuwam.

    Wybaczyłam sobie bezpodstawną wiarę we własną nieatrakcyjność, z powodu fizyczności mocno yang jak na kobietę. No więc jeśli babka dogryzała, że jestem gruba, brzydka, niekobieca, bracia to samo – bach i gotowe. Na moim kryształowym ego powstała rysa. Co ciekawe na brak zainteresowania ze strony chłopców nigdy nie narzekałam, ale jak się jest obciążonym myślenie jest mocno skrzywione.

    Ponownie odegrałam rozstanie z przynajmniej 2 zakochanymi po uszy chłopakami. (cieszę się, że nie zrobiłam im większej krzywdy). Odczułam nawet wdzięczność za większe katastrofy (zdrada, bankructwo), które są dla mnie i dla mojego obecnego partnera lekcją, którą możemy, jeśli chcemy, wykorzystać do znacznego podniesienia świadomości i oczyszczenia. Żyjemy tak szczęśliwie jak nigdy wcześniej, planujemy ślub, żyjąc coraz bardziej świadomie i komunikując się otwarcie, dbając o spełnianie potrzeb w równym stopniu. Niby oczywiste, ale dla dwóch DDA po przejściach to epokowe odkrycie i być może najbardziej wartościowa terapia w naszym życiu. 🙂

    Proces wtórny dla mnie obejmuje uświadomienie sobie swojego skrzywdzenia, ale też bycia krzywdzicielem innych. Uświadomienie sobie, wyczucie tej nierównowagi energetycznej, tego nieprzytomnego, NIESZCZĘŚLIWEGO życia. Dopuszczenie do głosu Ducha lub najpierw WJ. Akceptacja tego co jest,takie obudzenie. Niestety jest to przerażające bo bezlitośnie konfrontuje z krzywdą innych, a rosnąca świadomość nie pozwala już zrzucić winy na innych.

    Wiem, że jeśli dostanie się wsparcie podczas tego procesu od choćby jednej osoby, przez co rozumiem pomoc w opanowaniu lęku przed świadomością i zachęcanie do przejęcia kontroli nad sobą, a jednocześnie popracuje się nad intencjami, można łatwo pożegnać obciążenie. Nie będzie fajerwerków, ale spokój, radość i odporność na ataki innych. Długi niestety zostają, ale uczciwa praca pozwala je spłacać i o nich stale nie myśleć 😉

    Patrząc też z punktu widzenia osoby, która całe dotychczasowe życie hojnie karmiła krok innych (jednak wejście było zawsze mocniejsze – może w ten sposób chciałam upodobnić się do rodziny matki gdzie prym wiodą ultrakatolickie wejścia), mam teraz czujność na etapy zachęcania, a później linkowania. Wcześniej byłam krokodylimi zalotami zachwycona, teraz mnie fizycznie mdli a w miejscu splotu oraz za mostkiem czuję pulsowanie i rwanie. Przy krok wyższych typu przyczynowego albo buddialnego czuję dosłownie pomieszanie wcześniej klarownych pojęć, nawet amnezję. Widzę, że po oczyszczeniu, choć niepełnym, ja te energie czuję jakby mi ktoś wszczepił odpowiedni sensor. Podobnie zaczęłam odczuwać bardzo przykrą energię wejścia jakby mnie ktoś okopcił dymem z papierosa i dodatkowo strasznie ściska mnie w gardle jak uczennicę i podobnie rwie mnie w miejscu splotu. Czy ktoś doświadczony może to zweryfikować?

    Mało tego, umiem często przenieść się w rozmowie z obciążoną osobą na wyższy poziom niż ten na którym ma obciążenie. Pan Andrzej pisał kiedyś o tej technice, ale bałam się że w związku z tym iż zaczęłam się interesować ciałami subtelnymi dopiero w marcu 2012 r. nie będę umiała jej zastosować. A to przychodzi naturalnie kiedy się ma dobre intencje, a także szacunek dla interlokutora. Zawsze wtedy kiedy czuję, że wysyłam taką przyjemną, dobrą energię z siebie potrafię się nawet przed zajadłym atakiem obronić, potrafię też w mig dostrzec dlaczego ta osoba pielęgnuje w sobie gada. Trudna jest czasami ta świadomość: wiesz gdzie leży problem, ale tylko nosiciel może go rozwiązać, a Ty nie możesz mu pomóc ani go przekonać argumentami z wyższego poziomu bo jest na to ślepy… Może kiedyś Wszechświat podsunie mu takie zajścia do Hadesu jak mnie w tym wcieleniu i tak ma właśnie być? 🙂

    Jak zwykle dużo i chaotycznie, ale może komuś nasunie się jakaś ważna refleksja w związku z tym tekstem. Na koniec pozwolę sobie przedstawić ‚Litanię przeciw strachowi’ z cyklu książek F.Herberta o planecie Diuna:

    ‚Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
    Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
    Sta­wię mu czoło.
    Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
    A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
    Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
    Jes­tem tyl­ko ja.’

    Pozdrawiam.

  2. Conchita
    Sty 08, 2013 @ 13:38:44

    Hej! Bardzo fajny tekst – dużo w nim tego, co dusza lubi najbardziej – zrozumienia, zajrzenia w głąb, wybaczenia…

    Ja tak z innej beczki – skąd wiesz, że masz krokodyla, tzn. jak to się przejawia, jak to odbierasz? To bardzo ciekawe… Ja chyba nigdy nie miałam krokodyla, przynajmniej tak mi się wydaje, bo nigdy nie byłam jakoś przebojowa… Wciąż czuję zbyt dużo ograniczeń wewnętrznych by się swobodnie realizować, mimo, że pracuję nad tym. Dlatego zaciekawiło mnie jak to czuć w świadomości – coś Ci się podłącza, tracisz wrażliwość i znieczula Cię, że uzyskujesz swobodę czy jak?

  3. greta minde
    Sty 09, 2013 @ 22:34:09

    Witaj. 🙂

    Nie wiem czy to właściwie ujmę – ale podstawowym odczuciem dla mnie jest krańcowa obojętność na uczucia innych, choćby bardzo gwałtowne, a nawet czerpanie dziwnej satysfakcji z cierpienia lub poniżania ofiar. ‚Dziwnej’ bo nie możesz stwierdzić czy Twojej! Niby masz poczucie zaspokojenia, ale bez żadnego szczęścia ani porządnego zadowolenia. Tak jakbyś właśnie wypłaciła haracz ze swoich uczuć komu innemu.

    Pytałaś, jak to czuć w świadomości. Dla mnie był to właśnie stan obniżonej świadomości – niby pamiętasz ten czas ale jest on wyprany z głębokich relacji, z uczuć. Jesteś jak robot, zachwycająco sprawny robot. Kiedyś przyszedł mi do głowy taki obraz siebie: przeżywasz część albo całe życie schowana w jakiejś kryształowej szkatułce własnego ego. (kryształowe ego pojawiło się również tu w witrynie – świetne porównanie) Mało kto to zauważa, dlatego że zewnętrzna część szkatułki (‚pomoc’ i działanie krokodyla) jest dla ludzi drogocenna i przez to niezwykle atrakcyjna 😉 Jesteś jakby w transie – dokonujesz działań na danym polu, np. podrywasz mężczyzn jakich Ci się zamarzy, jesteś w tym biegła, lubisz zwracać na siebie uwagę. Seks kipi Ci uszami, wszelkie używki oczywiście mile widziane. Nie przejmujesz się ryzykiem chorób, ryzykiem nieplanowanej ciąży. Tak jakby Ciebie świat miał z założenia traktować specjalnie i Twoje szaleństwa mają Ci ujść płazem. Znajdują się oczywiście tacy, co się zakochają – i tu działa już pomocnik zewnętrzny. Potrafisz patrzeć jak Twój partner płacze, kiedy mówisz mu o rozstaniu (dwa dni wcześniej zapewniasz go o miłości aż po grób!) i autentycznie czujesz tylko zniecierpliwienie, że zajmuje Ci ta ciamajda tyle czasu!

    Był czas kiedy moim ulubionym zajęciem było flirtowanie ‚na boku’, mając stałego partnera, zakochanego frajera można rzec z perspektywy kr. Najbardziej zakochanego zdradziłam w perfidny sposób, po tym jak się sprawa wydała uczynił z mojego życia piekło (też był obciążony i to jak). Co ciekawe niedługo później to jego dopadły demony przeszłości – okazało się, że długie lata okłamywał mnie w bardzo ważnej sprawie. To było jak obopólny nokaut, ale otrzeźwiło nas obydwoje. Mimo urazy postanowiliśmy spróbować żyć razem nadal i ta historia raczej zakończy się dobrze. 🙂

    Nieobciążeni znajomi zależnie od stopnia znajomości i sympatii prędzej czy później odchodzą, jako że wysysać energii nie pozwolą. W procesie wtórnym zaczynasz to dostrzegać, choć jeszcze sobie to sprawnie tłumaczysz. Najbardziej bolesna jest świadomość tego, gdy już pożegnasz kr. Przerażająca pustka obok Ciebie, zostaje Ci tylko towarzystwo zagorzałych nosicieli kr i duchów wejściujących, które jawi się jako marne bo półprzytomne.

    Najzabawniejsze jest to, że piszę o tym obciążeniu w czasie przeszłym, choć nie jestem w 100% pewna czy nie pozostało we mnie. Odczuwam tylko zmianę jakościową, jako że moje kryształowe pudełko zostało precyzyjnie rozbite w drobny mak 🙂

    Czuję, że to wibracje innej energii – dające mnie i moim bliskim radość, świadomość, trzeźwość i odpowiedzialność. Dochodzenie do pewnych rzeczy jak wykształcenie, dobrobyt, poczucie szacunku dla własnej osoby osiąga się trudniej, wolniej ale rezultaty są pozytywne dla całego otoczenia i dla Ciebie. Zresztą przy podniesionej samoocenie, która taka naturalnie jest na skutek pozbycia się przyczyn ‚wzięcia’ pomocnika, bycie lepszym czy gorszym niż inni traci atrakcyjność. Zaczynasz po prostu spójnie z duszą się realizować, a reszta życia to miła przygoda w ciekawym świecie pełnym życzliwych ludzi. Może to banalnie brzmi, ale tak właśnie to odczuwam.

  4. pumpel
    Sty 10, 2013 @ 11:41:14

    To ja dodam wrażenia z posiadania obciążenia na innym poziomie. Zaznaczam, że nie mam całkowitej pewności, czy wszystkie pochodzą od kr. Proces pracowitego śledzenia gada w sobie trwa, na razie nie udało mi się go pozbyć, a bardzo bym chciała. Wciąż czuję, że czegoś jeszcze nie dostrzegam. Dlatego nie wiem, czy nie pomylę w tym opisie kilku obciążeń – podaję hurtem objawy, które u siebie dostrzegam i podejrzewam o „gadzie” pochodzenie:
    Pierwsze, co odczuwam, to nienaturalna koncentracja na osiągnięciu celu (jakiegokolwiek) i pośpiech. Realne wydarzenia wydają się następować zbyt wolno po sobie, Fizycznie trudny do zniesienia jest fakt, że po stworzeniu pomysłu, podjęciu jakichś działań trzeba czekać na efekt albo to, że nie da się realizować wszystkich pomysłów na raz. Wrażenie jest takie, jakby po pomyśleniu czegoś rezultat powinien być natychmiastowy. Trudno czekać na innych, patrzeć spokojnie, jak z trudem radzą sobie z wykonywaniem jakiegoś zadania. Można nakrzyczeć na dziecko, że coś robi nie tak jak trzeba, za wolno, za ślamazarnie, albo wściec się, że chce ode mnie pomocy w zrobieniu czegoś zamiast zająć się tym samodzielnie. Nawet, gdy nie reaguję w żaden sposób, tylko patrzę, jak coś próbuje zrobić samo (pięciolatek siłą rzeczy jest w wielu czynnościach mniej sprawny od dorosłego), czuję się chyba mniej więcej tak, jakbym pędziła po peronie do pociągu, który właśnie rusza ze stacji. Fizycznie wtedy w głębi gdzieś na poziomie między sercem a gardłem (tam chyba jest grasica?) pojawia się rwanie, ucisk, czasem wręcz ogromny ból, jakby ktoś grzebał mi w otwartej ranie. Mam wtedy ochotę bluzgać, cisnąć czymś (albo kimś) o ścianę, żeby tylko przestało tak boleć… Nie wiem, czy ten objaw nie przypomina bardziej wejścia, ale podobno wejścia nie mam, więc też opisuję.
    Jednocześnie można tracić sporo czasu na czynności właściwie bez znaczenia, np. siedzenie przy komputerze. Przy tym obciążeniu gry komputerowe są niesamowicie uzależniające. Dają zamulająco miłe złudzenie osiągania czegoś, które trudno uzyskać w realnym życiu. Można usiąść na chwilę, żeby sprawdzić pocztę i wsiąknąć w Internet na kilka godzin. Z drugiej strony trudno o entuzjazm i cieszenie się działaniem. Np. nie wiem, co mam ochotę robić, za to wiem, co zrobić „trzeba”. Kiedy ktoś proponuje wspólne działanie, często w pierwszej chwili pojawia się odczucie ogromnego zmęczenia, jakbym już nigdy w życiu nie miała ruszyć ręką czy nogą. Nawet jeśli lubię coś robić, to często nie mam siły się za to zabrać, odkładam w nieskończoność. Jakby między sprawnie działającym intelektem a przejściem do działania uruchomiony już potok energii uciekał gdzieś w bok (tylko, czy to kr. czy zatrucie od wejścia?). Wszechobecne jest uczucie, jakbym w danej chwili powinna robić nie to co robię, tylko już coś zupełnie innego. Za kierownicą łatwo ulec złudzeniu, że jadę za wolno. Mogę przypomnieć sobie, że mam coś ważnego do zrobienia i, zanim się za to wezmę, kompletnie zapomnieć o co mi chodziło. Pamiętam tylko, że było ważne 😦
    A korzyści, jakie to daje? Jeśli chcę coś konkretnego osiągnąć, to osiągam to. Jak nie taką drogą to inną, drążę tak długo, aż znajdę sposób. A co inni o tym myślą, co czują, jak na nich wpływają moje działania – nawet nie chodzi o to, że to dla mnie nieważne, bardziej jest tak, jakby ten aspekt w ogóle się nie pojawiał, nie dochodził do świadomości. Po fakcie owszem, ale w trakcie dążenia do celu… klapki na oczach. I zaznaczam, że mój kr. jest podobno mały, czyli jestem jeszcze stosunkowo „ludzka”… Powiedziano mi kiedyś, że jak coś sobie postanowię, to „idę jak czołg” i to chyba najlepiej podsumowuje temat. Kiedy jest jakieś złożone zadanie do wykonania, można być po „robociemu” sprawnym, szybkim – w stopniu, który innych zdumiewa, np. podczas prowadzenia samochodu, pracy na akord, przy taśmie itp. Można wykonać pracę na konkretny termin rezygnując z jedzenia i spania. Trudniej za to po prostu usiąść i np. popijać herbatkę patrząc bezmyślnie w okno. Trudno odpoczywać. A główna dla mnie trudność polega na tym, że choć nie jestem pozbawiona współczucia, potrafię innych zrozumieć i współodczuwać z nimi, to bywają chwile, gdy „coś” przejmuje kontrolę i działa przeze mnie. I wtedy całe współczucie i zrozumienie wyparowuje nie wiadomo gdzie. Takim „wyzwalaczem” może być na przykład sytuacja, w której potrzebny jest pośpiech. Po wszystkim zostaje niesamowity niesmak i poczucie winy, można walić głową o ścianę, próbować się kontrolować, a i tak co pewien czas rzecz się powtarza.
    Może właśnie potrzebuję rozbicia kryształowego pudełka, bez względu na to, jak miałoby to być bolesne? 😦

  5. Conchita
    Sty 11, 2013 @ 13:04:17

    Dzięki dziewczyny! Dzięki Wam lepiej zrozumiałam ten fenomen… Jak czytam to jestem prawie pewna, że mój brat też miał krokodyla, dzięki któremu maskował swoją wrażliwość i mógł odnosić sukcesy w trudnym środowisku… Bywało w nim coś odpychającego, zimnego, stawał się opryskliwy i bezwzględny. Mieliśmy niezłe stosunki (jak już byłam starsza) i mnie wspierał, ale jednocześnie zawsze musiałam być czujna w jego obecności, czy nie potraktuje mnie gadziną znienacka. Było w tym coś więcej niż tylko zły humor czy złość, ale taka silna chłodna energia nietykalności i wyższości nad wszystko, pozycja, z której bezkarnie można traktować innych jak śmieci. Jakiś czas temu pożegnał gada i można z nim normalnie porozmawiać już bez tej czujności i gotowości na atak. Jednak dużo mi dała ta relacja z bratem – nauczyłam się zachowania (udawanego, ale na potrzeby gadziny wystarczało) wobec innych krokodyli, tak, żeby nie być ofiarą. Gady uwielbiają osoby ze skłonnościami do przyjmowania pozycji ofiary oraz osoby z wejściami a wycofują się przy okazywaniu spokojnej pewności siebie i lekko protekcjonalnego traktowania albo przynajmniej z równego poziomu (nawet jeśli to nie ma zupełnie sensu, gdy działa gad to nosiciel nie myśli logicznie, nie bierze tego do siebie – argumenty są wyłącznie siłowo-energetyczne: dasz się zjeść albo nie). Po krótkim zmaganiu gadzina puszcza i wtedy można normalnie z kimś pogadać.

    Wiesz co Pumpel, wydaje mi się (Andrzej pewnie lepiej to wie), ale że tylko część z tego co piszesz to aktywność krok., ja stawiam na to, że załącza się podczas tego parcia do osiągnięcia celu i wtedy przestajesz widzieć innych za to masz niezwykłą wydajność. Reszta to raczej coś innego. Przypuszczam, że masz bardzo aktywne ciało astralne, które właśnie lubi działać i to szybko (szybciej niż fizyczne – natychmiast jak tylko pomyślisz), więc astralne już Ci leci a reszta nie nadąża, już w myślach jesteś gdzie indziej i rzeczywiście astralne się wyrywa wtedy z ciała (ten pośpiech to z astralnego i poczucie, że wszystko powinno natychmiast się realizować – jak w astralu) powodując szereg dziwnych odczuć, w tym zniecierpliwienie – jakbyś już biegła, ale ktoś Cię trzymał za nogi i złość na tych, co utrudniają ten ruch. Wydaje mi się, że można by temu zaradzić aktywizując w takiej chwili dyskomfortu spowodowanego potrzebą najnajszybszej realizacji celu inne ciało niefizyczne, tzn. mogłabyś spróbować poobserwować to dążenie w sobie z innej pozycji, głębszej, bardziej świadomej, z świadomości serca – może udałoby się wtedy lepiej zrównoważyć energię między ciałami i nie dawać pola krokodylowi (nie tracąc celu z oczu 😉 ale uzyskując jakąś perspektywę i dystans ).

    Mam dziecko „indygo” (hehe w sensie odrzucania / ignorowania zasad i od urodzenia „wiedzącego lepiej”, które stawia na swoim, totalnie żyjącego poza czasem i oczekiwaniami innych – w tym szkoły, z trudnościami w koncentracji, ze skłonnością do realizacji dziwnych pomysłów przyprawiających o ból głowy (dla przykładu podam wymianę w samochodzie przedniej szyby i wycieraczek po zabawie w ślizgawkę, zamknięcie się w bagażniku, pomalowanie pokoju pastą do butów, strzyżenie kota, rysowanie widelcem po blacie świeżo kupionego przez babcię stołu, granie w kółko o krzyżyk na lakierze samochodu – wszystko oczywiście w wyczekiwanej chwili nieuwagi dorosłych, tak, żeby nikt nie przeszkadzał…). Dla mnie to najwyższa lekcja cierpliwości… Jestem w stanie wszystko zrozumieć: każde zniecierpliwienie i bezsilność. Trzeba się jakoś dogadać z małym człowiekiem i poinformować go dobrze o sytuacji, tylko tak, żeby powstał ten kontakt, wymiana myśli i zrozumienie, bo nie zadziała inaczej, można też obiecać coś miłego jeśli się postara. Ze nie zawsze się da to inna sprawa…

  6. pumpel
    Sty 11, 2013 @ 13:49:27

    Conchita, kierujesz uwagę na ciało astralne i chyba słusznie, bo tam mam duże pogryzienia od mamy (opis jej zachowania wyżej, w poście grety minde), więc z pewnością nie działa sprawnie. Jak teraz czytam, to co przedtem napisałam, to widzę pomieszanie kr. z pogryzieniem i zatruciami od wejścia. Nasunęła mi się refleksja, że kr. najłatwiej chyba znaleźć właśnie po pogardzie i poczuciu wyższości – chyba nawet pan Andrzej już o tym pisał. Wszystkie objawy łączące się z niepokojem i złym samopoczuciem to chyba coś innego.
    A u siebie rzeczywiście dostrzegam czasem coś takiego, takie jakby szarpnięcie uruchamiane np. przez pogardę i brak wiary innych w moje możliwości. Kojarzy mi się tu mama i jej odwieczne: nie umiesz, nie nadajesz się, znowu ci się nie udało (plus błysk satysfakcji w oczach)… Taki odruch pokazywania innym „właśnie, że potrafię! Właśnie, że mi się uda!” Jako dziecko strasznie chciałam wreszcie zrobić coś takiego, żeby się uspokoiła, była w końcu szczęśliwa i zadowolona ze mnie. Jak się tę ambicję skojarzy z tym, co wyżej napisała greta, to włos mi się jeży na głowie…
    Bardzo dobrze tak sobie poukładać trochę na piśmie, widzę, że pojawiają się nowe elementy 🙂

  7. greta minde
    Sty 11, 2013 @ 20:12:39

    Takie opisy dają bardzo dużo:)

    Wiele zachowań z tego co opisałaś zidentyfikowałam u siebie z czasu otwierania firmy – ilość spraw jakie potrafiłam zrobić w jednostce czasu była wręcz przerażająca kiedy się nad tym porządnie zastanowić! Teraz nie jestem w stanie nawet 1/10 tego i czuję, że nie chodzi tylko o to, że jestem 6 lat starsza.
    Różnica między nami jest taka, że ja, jeśli widziałam, że ktoś nie nadąża za moim szaleńczym tempem, robiłam to za niego albo zwalniałam i spokojnie tłumaczyłam. Nie potrafiłam się niecierpliwić w ostrzejszy, bardziej brutalny sposób, zwłaszcza w odniesieniu do pracowników. A wspólniczki to się zwyczajnie bałam. Teraz to dostrzegłam jak niesamowicie i bezsensownie się tej kobiecie podporządkowałam, mimo tego, że czasem w otwarty sposób działała na szkodę firmy. Może miała po prostu większego kr i na wyższym poziomie?

    Prowadziłam auto jak szaleniec czując ciągle presję żeby szybciej i szybciej… Na szczęście miałam tylko dwa lądowania w rowie i dwie małe stłuczki. Tylko, ponieważ znałam takich, dla których skończyło się to na cmentarzu.

    Przyczyny – banalne – chciałam już dostać porcję papierosów i marihuany. (A gad się pewnie cieszył z moich ostrych docinków i kombinacji ‚na głodzie’. ) Do alkoholu ciągnęło mnie krótko – jakby konsumpcyjny przestał istnieć pewnie bym nie zauważyła 😉 Papierosy po 10 latach popalania rzuciałam w lipcu tamtego roku. Póki co, nie widzę nawrotu. Z trawskiem jest najgorzej, z uwagi na to, że mam wielu znajomych nadużywających, więc jest mnóstwo okazji, ale też już widzę znaczną poprawę. Nie muszę chyba pisać, o korzyściach dla zdrowia i budżetu.

    Pumpel napisała: ‚(…)trudno o entuzjazm i cieszenie się działaniem. Np. nie wiem, co mam ochotę robić, za to wiem, co zrobić “trzeba”. Kiedy ktoś proponuje wspólne działanie, często w pierwszej chwili pojawia się odczucie ogromnego zmęczenia, jakbym już nigdy w życiu nie miała ruszyć ręką czy nogą. Nawet jeśli lubię coś robić, to często nie mam siły się za to zabrać, odkładam w nieskończoność. Jakby między sprawnie działającym intelektem a przejściem do działania uruchomiony już potok energii uciekał gdzieś w bok (tylko, czy to kr. czy zatrucie od wejścia?). Wszechobecne jest uczucie, jakbym w danej chwili powinna robić nie to co robię, tylko już coś zupełnie innego’

    Sama mam wrażenie, że dużo tu o zatruciu, ale też wskazanie kr. (astralnego?) jako ‚złodzieja energii’. U mnie odkąd zamknęłam firmę i rzuciłam papierosy te objawy wyraźnie zmalały, ale nie zniknęły całkiem. A odrzucenie od czynności, które aż prosiły się aby je zrobić, było dosłownie jak bariera fizyczna. Jakby ktoś trzymał mnie za ręce i nogi. Teraz jestem w stanie ten marazm przełamać, natomiast nie odbywa się to bez pewnego wysiłku na poziomie mentalnym i przyczynowym (tak sądzę ale pewności nie mam). Jestem też w stanie zaakceptować swoją niechęć do danej czynności i dostrzegam skąd to się bierze.

  8. greta minde
    Sty 11, 2013 @ 20:22:21

    PS. Co do rozbijania kryształowego pudełka – teraz brzmi to stosunkowo łagodnie – ale w momencie destrukcji boli tak bardzo, że można zwyczajnie nie podołać psychicznie. Po prostu wszystko to, co wcześniej ‚zamiatasz pod dywan’, wszystkie słabości, obciążenia pokazują się w pełnej krasie. Ja potrafiłam pół godziny krzyczeć, że jestem w piekle. A niedługo później trafiłam na tę stronę i pan Andrzej dodatkowo rzucił na mojego ‚miękkiego robala ze środka pudełka’ snop światła, abym mogła się mu dobrze przyjrzeć i sprawdzić czy to nie matrioszka w której jest jeszcze jedno pudełko 😉 No to się przyglądam.

  9. pumpel
    Sty 11, 2013 @ 22:57:08

    O tak, o tym rozbijaniu napisałam z pewnym wahaniem – mnie się już w życiu porozbijało praktycznie wszystko, od kilku lat pracowicie odkręcam to, co wcześniej namotałam. A w najgorszym momencie, kiedy praktycznie walczyłam o życie, zamieszkałam z mamą – nosicielką kr. astralnego, atmanicznego i wejścia. Miotałam się strasznie, nie całkiem wiedząc co się dzieje do momentu trafienia tutaj. Analiza pana Andrzeja nieźle przestawiła mi światopogląd 🙂 W sumie 2 lata spałam po 2 godziny na dobę (raz na jakiś czas dobijałam do 4 godzin, ale wtedy przebudzenie było koszmarne). Nie wiem, jak można to było przeżyć. Czułam, że muszę i tylko to poczucie obowiązku mnie tu zatrzymało. Jakby teraz jeszcze jakiś piorun miał we mnie trafić, to naprawdę nie wiem, czy starczyłoby sił…
    Ale ciekawe, że do używek typu alkohol, papierosy, narkotyki, nie ciągnęło mnie nigdy. Wręcz przeciwnie, odkąd pamiętam, czułam, że to coś, od czego powinnam się trzymać z daleka. Raz w życiu upiłam się, żeby zobaczyć jak to jest – nie spodobało mi się. Tytoniu i narkotyków nie próbowałam nigdy w życiu. Jeśli już nałogi to bardziej np. czekolada – przypuszczam, że blokowała rany astralne. Najwięcej pożerałam w trakcie rozwodu, po wyprowadzeniu się od mamy niemal natychmiast zapotrzebowanie spadło. Od jakiegoś czasu bardzo rzadko mam na nią ochotę. O związek z kr. podejrzewam natomiast gry komputerowe, tak jak napisałam wyżej.
    Kiedy łapię się na fiksacji na celu, robię coś takiego, o czym pisze Conchita – staram się włączyć poziom dobroci/szacunku, myśleć o tym, jak moje postępowanie wpływa na innych. Gdy możliwe jest zranienie uczuć własnego dziecka, to bardzo często działa, w przypadku przejeżdżania na czerwonym już niekoniecznie…
    Greta, ja też chyba najczęściej kończyłam robiąc coś za kogoś – bo byłam szybsza, sprawniejsza, zanim tamten pomyślał, ja już zdążyłam zrobić… A później się zastanawiałam, dlaczego mój facet to taka ciamajda, na początku wydawał się całkiem energiczny, a po paru latach już tylko leży na kanapie albo przed kompem godzinami pocztę sprawdza 😉 Tylko rzeczywiście nie wkurzałam się raczej jakoś gwałtownie, bardziej stosowałam pogardę i poczucie wyższości. Na szczęście nie cały czas, tylko okazjonalnie mnie to dopadało. Jejku, chyba nawet nie bardzo umiałam przeklinać… 😉
    Nerwówka i obezwładniająca wściekłość zaczęły się dopiero po urodzeniu dziecka, w tym samym czasie, gdy zaczęły się walić różne rzeczy. Nawet nie wiem, kiedy nauczyłam się bluzgać i wrzeszczeć. Widzę to tak, że kr. przestał mieć wolne pole do popisu, weszło takie pogryzienie, zatrucie wejściem, że musiał ustąpić nieco miejsca…

  10. pumpel
    Sty 11, 2013 @ 23:46:05

    „Przypuszczam, że masz bardzo aktywne ciało astralne, które właśnie lubi działać i to szybko ”
    Przypomniały mi się tu przebłyski o byciu „wojownikiem”, pojawiające się przy regresji, channelingu, w snach… Kiedyś zobaczyłam swoje pierwsze wcielenie na Ziemi właśnie jako wojownika, jakby indiańskiego – rany, jaki czułam wtedy power! Nie raz śniłam, że walczę i używam biegle broni albo technik, z którymi w tym życiu nie miałam do czynienia. Więc może rzeczywiście?
    Ale kołacze mi się też związek z pochodzeniem duszy – tzn. nie znam swojego pochodzenia, ale wiem na 100%, że nie jestem stąd 😉 Już we wczesnym dzieciństwie było męczące wrażenie, że to ciało jakieś jest zbyt twarde, ciasne i ograniczające, że nie tak powinno to wyglądać. Marzyłam, jak cudnie by było, gdyby można było istnieć nie mając ciała. Na szczęście to minęło, do dziś została tylko organiczna potrzeba dużej przestrzeni wokół – najlepiej na wysokim piętrze z wielkimi oknami, żeby było dużo nieba. Albo nad jeziorami. Próbowałam o pochodzenie duszy dowiadywać się w regresji, ale pojawiały się obrazy tak fantastyczne, że racjonalny umysł tego nie przyjmował. Dotarła do mnie tylko informacja o „przeskoczeniu” z innego miejsca i jakiś związek z tęczą, takie tęczowe lśnienie w powietrzu.

    „Mam dziecko “indygo”…”
    Szacunek wielki, Conchita, wymiękłam czytając dziecka „pomysły”… Bardzo się cieszę, że moje takich nie ma 🙂 Chociaż też „wie lepiej” i na kilometr wyczuwa każdą próbę narzucenia jej czegoś. Ileż u nas w domu jest negocjowania i ostrych targów o sprawy – wydawałoby się – błahe… Moje dziecko zamiast „pomysłów” ma raczej „teksty”. Jak twierdzi „wiem, bo głowa mi tak powiedziała”, to jeszcze można próbować negocjacji, ale jak słyszę, że „bo ja to czuję głęboko, w duszy, jeszcze jak się nie urodziłam, to już tak czułam”, wtedy wiadomo, że nie ma sensu wdawać się w dyskusję. Po prostu ściana – jak człowieku chcesz, to sobie w nią wal, i tak nic nie wskórasz. Sto pociech 🙂

  11. konwalia
    Lu 17, 2013 @ 05:37:05

    Andrzeju, czytajac twoje opisy twoich przejsc z krok. nasunelo mi obraz mojej kolezanki , a nawet powiem przyjaciulki , bylej juz teraz .Nie bede powtarzac twoich slow , bo ten opis jest dokladnym opisem tej kobiety . Przypuszczam ze , oprucz krok. ma rowniez wejscia , kilka tygodni temu „narazilam ” sie jej poczuciu kontroli nad wszystkim i zostalam wyzwana od swin , ze nie jestem dobra przyjaciolka, i ogolnie bez pardonowo przejechala sie po moim poczuciu winy . Moje Ego zostalo urazone (oczywiscie) tym atakiem i po kilku dniach postanowilam porozmawiac z nia , zwrocic jej uwage (teraz juz wiem ze to byl blad , i dzialanie ego) ze wyzywanie nie przystoi „uduchowionej”osobie, no i dopiero wtedy , to mi sie dostalo , a wlasciwie ubylo mi troche energii , a jej krok napewno byl bardzo happy , poza tym zostalam tak przytruta , jakbym wpadla w beczke jakiejs lepkiej mazi , zajelo mi sporo czasu zebym byla w stanie jej wybaczyc , oczyscic sie jako tako z tej dolujacej , ciezkij energii , powoli znowu zaczynam widziec „swiatlo na koncu tunelu” Ta witryna pomogla mi poznac , lub rozpoznac wiele innych ciekawych rozwiazan na pytania i niejasnosci ktore mi sie nasowaly, Materjalu jest b. duzo, mozna w nim zagrzebac sie na dobrych kilka dni .Ja chyba zadnego kroka nie mam (w zyciu przecietnie , oratorka nie jestem , mama dazenia i cele , ale teznie nad ludzkie ) , ale napewno mialam wejscia , i tutaj mam pytanie , czy mozna w jakis sposob pozbyc sie tych duchow ? i w jaki sposob . Mam tez napewno wiele obciazen , powoli dokopuje sie do nich , DDA, wprawdzie nie alkocholowe , mama z weilkim krok, (a moze i kilka) ,tato z wejsciami , awantury w domu na pozadku dziennym , a gdy doroslam na tyle ze moglabym decydowac o sobie , to wpadlam w sidla nastepnego krokodyla,(mojego meza) a ze mialam niskie poczucie swojej wartosci to zaprosilam do siebie wejscia zebym mogla sie bronic przed tymi krokodylowymi atakami wielkiego pana i wladcy ego mojego meza .Jak to teraz ladnie wsystko widac i uklada sie w calosc i ma sens , i patrzac teraz z boku jestem w stanie przebaczyc tym ktorzy mnie skrzywdzili i przeprosic tych ktorych ja skrzywdzilam . Oczy i swiadomosc coraz szerzej sie otwieraja , Teraz juz karmie tylko wilka milosci i pokoju , pozdrowienia .

  12. SwiatDucha
    Lu 17, 2013 @ 16:04:27

    > Jak to teraz ladnie wsystko widac

    I chyba dla tego widoku, tego wglądu warto tak działać. Jak widzę gdzie jestem, to mi o wiele łatwiej żyć i nabierać umiejętności życiowych.
    Również pozdrawiam!

  13. SwiatDucha
    Lu 17, 2013 @ 16:04:56

    święte słowa

  14. Iver
    Lu 05, 2015 @ 05:03:56

    Andrzeju,
    Po raz kolejny wyjdę z pytaniem, bo mam chyba ciekawą obserwację w temacie. Mój kolega, u którego podejrzewam konkretnego krokodyla, bardzo lubi o sobie mówić w osobie trzeciej i zdrabniając (jest w okolicach 30stki) – „Marcinek lubi robić (…)”. „Marcinek zrobił”.
    I często miałem wrażenie, że to „Marcin” służy „Marcinkowi”, a nie odwrotnie – żeby tylko ten „Marcinek” przypadkiem się nie rozzłościł. Spotkałeś się z czymś takim w kontekście krokodyli?

    Ogólnie chylę czoła za tą stronę – Twoje opisy dla inżyniera interesującego się psychologią/duchowością są po prostu ulgą po czytaniu iluś tam materiałów psychologicznych opartych na dużo prostszych modelach.

    Dziękuję i pozdrawiam!

  15. SwiatDucha
    Lu 05, 2015 @ 16:00:24

    Iver, dzięki za pochwały mojego pisania.

    Może być tak jak podejrzewasz, że prawdziwie rozróżnia w sobie dwie strony, a on jako on [że powtórzę ulubione słowa wróża Rodina ;)] utożsamia się z Marcinem. A to drugie „coś” to jest ten, jak mówisz, bardziej niesforny, Marcinek. Tu zresztą można się zastanawiać, czy to zdrobnienie nie jest opisaniem cechy braku odpowiedzialności u tej cząstki.

    Można ewentualnie doszukiwać się tam też wewnętrznego dziecka [części Duszy]. A nawet połączenia w postrzeganiu dwóch cząstek: kr i wewnętrznego dziecka. Tak jakby dla Marcina stanowili nierozdzielną całość.

    Takie spojrzenie w siebie też nie jest częste. Zwykle bowiem nosiciel nikomu się z niczego nie tłumaczy. „Jestem jaki jestem” – to ulubione słowa osób bezrefleksyjnych, które mogą dużo powiedzieć o osobie, choćby nawet były jedynymi słowami w opisie osoby.
    Oczywiście warto tu rozróżnić te słowa od identycznych słów pisanych przez osobę o tak dużej samorefleksji, że naprawdę nie wie o czym pisać, a o czym nie.
    Są to dwie skrajności. Jednak, gdy dodamy do tego zdjęcie [jak to występuje na portalu randkowym] to jednak chyba dosyć łatwo rozpoznać osobę nadprzeciętnie refleksyjną od tej z deficytem refleksji.

    > Spotkałeś się z czymś takim w kontekście krokodyli?

    hmm, to co piszesz, to mogłoby pasować do czegoś więcej niż tylko kr. Bo przecież można wyłapać ileś ludzi, którzy mają kr. a oprócz tego dodatkowo jeszcze „coś”. I to „coś” może tu właśnie odpowiadać za tą powiększoną wrażliwość własnej osoby. A jednocześnie „coś” nie usuwa kr.

  16. Iver
    Lu 05, 2015 @ 19:34:39

    >Tu zresztą można się zastanawiać, czy to zdrobnienie nie jest opisaniem cechy braku odpowiedzialności u tej cząstki.

    Masz rację, tak trochę jest. Nie odczuwałem tego tak, bo ten „Marcinek” ma dość „bierne” zachcianki (nie narażające zbytnio osób trzecich) – przede wszystkim nie lubi się wkurzać i lubi jak jest ciepło, miło i wygodnie. Ale jak komuś obok źle i narzeka, to widać u niego irytację – takie prawie „niech to coś skończy ujadać” się wyczuwa.
    A sam „Marcin” lubi często ograniczać swoje potrzeby, żeby temu sprostać.

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: