Postrzeganie obciążeń duchowych

Obciążeniem przywykliśmy nazywać coś, co nam przeszkadza.

To zaś, czy coś jest przeszkadzające jest sprawą względną. Względność taką ustalamy najczęściej sami, można powiedzieć, że Dusza chce czegoś – i wobec tego czegoś weryfikuje, czy dana sprawa jest pomocna czy przeszkadzająca.

Ludzie żyjąc w świecie fizycznym zwykle uznają to, co im w tym świecie sprzyja za coś „dobrego”. A to, co przeszkadza, co powoduje, iż męczą się określają jako złe. Jest to zrozumiałe.

Obciążenia duchowe są czymś innym. Określone są poprzez działalność istoty ludzkiej w świecie niewidzialnym, duchowym. Po prostu zamiast przyjmować wartościowanie związane z życiem ziemskim patrzymy „wyżej” – możemy dostrzec, że oprócz tego, co dotykalne fizyczne są również poziomy subtelnie, np. emocje, myśli, uczucia.

Wobec tego, co „wyżej”, tego, jak się czujemy w sferach psychiki i duchowych także można oceniać nasze postawy, nasze przemyślenia. Czy jakieś działanie nam jest pomocne czy też nie. Stąd też wywodzi się termin „obciążenie duchowe”. Jeśli coś jest obciążeniem w takim znaczeniu przeszkadza nam w prostym rozwoju duchowym.

Nie bez przyczyny piszę, że to coś przeszkadza w „prostym” rozwoju. Świat duchowy jest bowiem sporo skomplikowany i [jak już wielokrotnie pisałem] dla Duszy prawie wszystko jest korzystne [z jej punktu widzenia]. Dusza ma bowiem bardzo prosty paradygmat. Plan Boży dla niej wyraża się prostym słowem: „doświadczać!”, to jest ważne. A przecież do zwiększenia liczby doświadczeń, doznań mało co się nie dokłada. Dusza postrzega więc za pozytywne zarówno wyjazd na Mazury, pracę za granicą, zarabianie pieniędzy, okradanie sejfów, głodowanie dzieci w Afryce jak i czytanie artykułów z prasy codziennej.

Jednakże już medytacja zen, wyciszenie kontemplacyjne, cicha modlitwa, a nawet pogodzenie się w rodzinie, bądź rozbrojenie światowe mogą być przez nią postrzegane jako coś niewygodnego, ba, niewartego zainteresowania! Proszę zauważyć, że coś, co my sami [jako Świadome Ja, osobowość] postrzegamy pozytywne ona widzi jako niekorzystne.

Mam nadzieję, że pokazałem paradoks. Duszę bowiem przyjęliśmy uważać za coś, co będzie z nami współpracować. A tu nagle dziwne olśnienie – ona ma inne cele niż ja!

Proszę nie porzucać tego odczucia paradoksu. Dalej też będziemy kontynuować jego przeżywanie.

Wszechświat [Bóg] zaplanował Duszę tak, aby uruchomić ogromnie dużo procesów doświadczania, aby istoty zamieszkujące świat zyskiwały zarówno odrębność jak i osobowość [ego], a na koniec aby uruchamiały Świadome Ja i się oświecały [odkrywały ponowną jedność z Boskością].

Jest to szeroka rzeka procesów bardzo często meandrująca. Dla kogoś, kto wybiera jednak w miarę szybko iść ku powyższemu celowi duchowemu [oświeceniu] potrzebny jest prosty rozwój, już nie pokręcony, nie rozłożony na wiele wcieleń.

I wtedy przydaje się postrzegać pewne postawy duchowe, pewne decyzje podjęte przez tandem Dusza-osobowość jako obciążenia.

Podobnie też jeśli Dusza zanadto swawoli, gdy ilość i jakość [a zwłaszcza jakość] doświadczeń nam już nie odpowiada, wtedy patrzymy gdzie jest powód. Szczęśliwie, zarówno dla oświecenia jak i dla wyższej jakości życia potrzeba jest oczyszczenia z tych samych obciążeń duchowych. Można więcej powiedzieć – podążanie drogą ku oświeceniu jest podążaniem ku życiu o wyższej jakości duchowej.

Warto dodać:
Zdobywanie, osiąganie wyższej jakości życia w sferze wyłącznie fizycznej nie prowadzi samo z siebie do oświecenia. Można bowiem ‚świat zyskać, a ponieść w rozwoju duchowym [na swojej Duszy] szkodę’.

Jeśli ktoś nie jest duchowością zainteresowany, proszę nie bombardować go informacjami, co powinien zrobić, aby „lepiej żyć”. Może go po prostu rozwój duchowy, oświecenie niewiele obchodzi. Ma do tego pełne prawo.

Obciążenia duchowe

Wyliczę teraz poszczególne postawy, negatywnie wpływające na prosty rozwój duchowy.

I oczywiście podam, zgodnie z tematem tekstu, jak są owe postawy postrzegane przez osoby, które je posiadają. Nie jest to takie proste – zgodnie z tym, co wyżej jest powiedziane, pewne obciążenia są postrzegane jednoznacznie negatywne, inne zaś.. postrzegane pozytywnie! Tak, to się często zdarza – istnieją częste postawy, które mocno przydają się w życiu na ziemi, natomiast są równoznaczne z zaciągniętym hamulcem ręcznym w sferze duchowej. I są postrzegane jak? Pozytywnie [takim osobom bowiem duchowość tak naprawdę nie imponuje].

schemat obciążeń

Zatrucie od wejścia: ofiara yin

[link do opisu zatruć]

Zaczynamy od najsłabszego typu: nie tylko ofiary, ale i słabej [yin]. Słabej ofiary.

Przejawia się jako zaburzenie funkcjonowania w sferze fizycznej. W najsłabszych manifestacjach jest to depresyjność, trudność z opiekowaniem się sobą, w pracy. Tu mamy kłopoty z pieniędzmi. W przypadkach cięższych jest to depresja kliniczna, błędne postrzeganie świata a nawet choroby psychiczne. [proszę zawsze pamiętać, że każdy typ obciążenia ma sporą skalę rozpiętości!]

Ten typ obciążenia jest najłatwiejszy w wytłumaczeniu. Trudności w funkcjonowaniu? To przecież przeszkadza! I oczywiście – od razu większość powie: to jest obciążenie.

I tak jest to postrzegane: mam depresję, nie mam pieniędzy, jest mi źle na świecie. Oceniam to jako niedobre, bardzo niedobre, chcę się z tego wyrwać!!

Jednym z najbardziej prostych, wręcz prymitywnych reakcji organizmu [już na poziomie komórkowym] jest mechanizm wyrzucania i wchłaniania. To, co niedobre – wyrzucamy, co uważa istota za korzystne – przyjmujemy z otwartymi rękami! Do siebie i do wewnątrz!

Prześledzimy te postawy w kolejnych typach obciążeń.

Dla pierwszego – zatrucia od wejścia będzie aktualne wyrzucanie, dystansowanie się. Ja „mam” depresję, ale jej BARDZO NIE CHCĘ! Czyli depresja jest czymś „na zewnątrz” mnie, czymś nie moim, chociaż się to coś przypałętało, to nie chcę tego, odrzucam. I na pewno „nie jestem depresją”.

.

Pogryzienia: ofiara yang

[link do opisu pogryzień]

Jest to ofiara, ale posiadająca pewną moc w sobie [yang].

Pogryzienia są niemal równie kłopotliwe jak powyżej opisane zatrucia czakr od wejścia. Jednak nie aż tak bardzo. W przypadku pogryzienia nie mamy aż takiego dużego zredukowania sił witalnych istoty. Człowiek ma poczucie skrzywdzenia, wkurza się, czuje się pokiereszowany duchowo, psychicznie, ale nadal działa! Wiele osób w tym stanie, na przekór przeszkodom potrafi całkiem nieźle sobie radzić i nawet osiągać wysokie stopnie w karierze zawodowej [jak to opowiadają psychologowie o dorosłych dzieciach z domów alkoholowych].

Pogryzienie jest to więc przeszkoda życiowa, ale nie krańcowo silna. Takie też jest jej postrzeganie. „Jeśli mogę funkcjonować, a mam cele fizyczne, konkretne, to się na nich skupię. Jeślibym miał/a zainteresować się i pracować to bym stracił/a wiele cennego czasu, wystarczy, że trochę zduszę w sobie przeżywanie i będzie w miarę dobrze. Poradzę sobie, chociaż czasami cholera mnie bierze.”

„Czuję się podle”, „Mam tego dosyć”, „Czemu ci tam …”, „Muszę się przyłożyć a tak mi się nie chce .. ” – to wypowiedzi osób, które mogą mieć pogryzienie. Czują dyskomfort, ale sobie radzą. Co prawda nie „jestem zniechęceniem”, nie „jestem podłym samopoczuciem” – raczej chcę się tego pozbyć, ale nie daje się jakoś, choć próbuję. Czyli nie utożsamiam się, ale też wiem, że coś z tego jest moje, część z tego przeżywam jako „ja”.

Relacja z obciążeniem nie jest tak jednoznacznie negatywna jak w przypadku zatrucia [depresji]. Nie wyrzucamy tego z siebie całkowicie, coś tam jest naszej energii, którą przecież potrzebujemy, więc nawet jeśli trochę boli, uznajemy to przeżycie a swoje, za część swojej psyche.

.

Wejście: agresor yin

[link do opisu wejść]

Przechodzimy do strony atakującej. W typie wejścia przeważa aktywność, chociaż jest także spora część odczucia słabości, stąd nazwa: „słaby agresor”, „agresor yin”.

Osoby z wejściem czują się w miarę silne w swoim świecie. Mają plany, silne postawy [zwłaszcza mentalne], mają mnóstwo argumentów aby umocować swoją aktywność. Czują się silne poprzez tradycję, z pomocą prawa zwyczajowego, rodzinnego, a nawet znajdują wiele wsparcia w prawach ustanawianych przez państwo. Mantrą osoby z wejsciem jest: „ja mam prawo!”, można by powiedzieć „ja jestem po prawie”, „ja jestem prawem” [w rozumieniu racja jest po mojej stronie]. Tak usilne umacnianie się we własnym przekonaniu nie musi być nawet wypowiadane. To „widać, słychać i czuć” po całej osobie [zresztą jak i inne obciążenia, jeśli się im przyjrzeć].

Czemu taki ktoś ustala się w takim zacięciu w uprawomocnianiu swojej postawy? Ponieważ czuje się niesłusznie atakowany, a że nie jest w stanie odeprzeć ataku kr. – czuje się słaby.

Postawa agresywna wchodzi w krew z prostej przyczyny: osoba z wejsciem czuje się zagubiona. Nie wie skąd przyjdzie atak [nie rozpoznaje kr.] więc trzyma gardę niemal cały czas.

Takie zabezpieczanie się [razem z podniesionym ciśnieniem, gniewem, czy nawet wściekłością, zapalczywością w cięższych okazjach] jest dla osoby z wejściem postrzegane jako coś, co ją ratuje. A więc, jesto „coś dobrego”, będzie to chołubione, pielęgnowane. Pielęgnowane obciążenie?! Tak. Wejście jest pielęgnowane, nie tak jak pogryzienie, które nie jest lubiane. Nie jak zatrucie, którego ktoś chce się pozbyć.

Stąd też i osobista postawa wobec wejścia: jeśli to mi tak pomaga, to muszę być to ja. Może nie jest to super broń [bo mam podwyższone ciśnienie, gniewam się, czuję się wściekła], ale jest to coś bardzo znacznego. Stąd ego [wizerunek własnej osoby] obejmuje to obciążenie, co prawda z pewnym trudem [ja nie jestem aż taki kłótnik..], ale jednak system wsparcia poprzez wejście uznawany jest jako „coś mojego”. Z czego nie zrezygnuję.

„Z czego nie zrezygnuję”? Otóż to. Dla potrzeb świata fizycznego wejście jest tak pomocne, że taka osoba nie chce tego oddać.

Z punktu widzenia duchowego zaś wejście jest jednoznacznie negatywne. Jest to ustanowienie portalu na swoich czakrach dla pomagających istot „nie z tego świata”, istot nieprzyjaznych, które tutaj przychodzą się pożywić i potruć ziemian. Wg. rozwoju duchowego: bezwzlgędnie do oczyszczenia.

Więc widzisz: dwa zupełnie różne zdania na temat tej samej postawy, zależnie od wybranego celu.

.

PSC : agresor yang

[Pomocnik Sił Cienia, czyli krokodyl, in. symbiont]
[link do opisu PSC]

Tutaj zaczniemy od niewielkiego nasilenia tego obciążenia. Jest to bardzo specyficzna sytuacja, ponieważ wygląda bardzo porządnie [przynajmniej z ziemskiego punktu widzenia].

Mały PCS jest „nieszkodliwy”. Jest na tyle mały, że wręcz niezauważalny. Dla większości osób, włączając mnie samego. Przecież taki ktoś ani nie jest agresywny, ani nie jest jakiś niesympatyczny. Przeciwnie, jest zarówno sympatyczny jak i przyjazny! Czego się czepiasz, można powiedzieć.

PCS nie jest żadnym kłopotem jeśli chodzi o sprawy ziemskie, wręcz przeciwnie. Ma spore pozytywne działanie w obrębie konkretnych spraw, czakry splotu, podstawy. Taki człowiek załatwia sprawy, odnajduje się w cywilizacyjnym systemie Bablionu, robi pozytywne wrażenie, rozsiewa podwyższone wibracje. Czego tu chcieć?!!!

Ja nie oceniam postaw, jeśli ktoś chce poświęcić się sprawom ziemskim, Bóg z nim, przepraszam, powinienem powiedzieć „niech mu pieniądze i posiadłości przyniosą szczęście” – i to może w dużej części się spełnić. Dusza żyje w świecie fizycznym, jest oki.

Poddanie się Duszy porządkowi ziemskiemu jest powszechnie uznawane. Stąd jeśli ktoś ustanawia swoje cele, wartości zgodnie z porządkiem duchowym, to .. także inaczej patrzy na takie sprawy jak mały PSC. Już nie tak neutralnie.

Dla rozwoju duchowego PSC, nawet mały stanowi nie wsparcie, a.. blokadę rozwoju. Współpracując [najczęściej nieświadomie z PSC] człowiek dokonuje takiego wyboru, że oto negatywne siły duchowe go wspierają. Po iluś wcieleniach Dusza [wraz z kolejnymi osobowościami] nieco przytłumia działanie kr., dostosowuje się do współpracy. Widziałem ileś osób, które pracują nad sobą, działają w rozwoju duchowym, a mają małe i większe PSC. Dziwne? Nawet jogini, guru, rinpocze też to posiadają. I dlaczego?

PSC wspomaga siły, umiejętności człowieka na tyle, że Dusza lgnie do niego, uważa go za dobrodzieja. Dlaczego w obszarach psychiki, duchowości miałoby być inaczej? Dusza obszernie sobie korzysta z umiejętności PSC, płaci daninę, natomiast nie ma motywacji do oddania tego symbiotycznego bytu. Uzależnia się od niego. Już nie wszystkie osiągnięcia człowieka są istotnie jego. A także symbiont na niższych ciałach blokuje rozwój ciał wyższych, przecież pan jest niżej, więc czemu masz od niego odchodzić?

„Jogini Powinni o tym wiedzieć”. Powinni? Otóż nie. Joga nie jest systemem eksplorującym psychikę, przynajmniej ta najbardziej rozpowszechniona. Operuje wyżej niż psychika, w sferze Ducha. A PSC nie pojawia się tak jawnie w obszarze Ducha, jest wtykiem do Duszy. Dopiero zachodnia psychologia, psychoterapia jest w stanie skutecznie diagnozować objawy tych sił.

Dla mnichów buddyjskich osobowość jest czymś drugorzędnym jeśli nie trzeciorzędnym, Dusza jest uważana za przemijającą nawet po jednym wcieleniu [zostaje tylko esencja istoty na następne wcielenie, doktryna zniknięcia duszy]. Nie mają więc potrzeby rozważania takich „mało istotnych” spraw.
wikipedia: „Według nauk buddyzmu wszystko jest nietrwałe, w stanie ciągłej zmiany, przejściowe. Jedyne co przechodzi z życia do życia to nawykowe siły i tendencje kierowane prawem przyczynowo-skutkowym karma, poza tym nie ma w człowieku nic trwałego, niezależnego i wrodzonego, ale również nie ma też całkowitej nicości egzystencji.”

.

Natomiast system, którego opis czytasz jest zarówno duchowy jak i poprawny psychologicznie [zgodny z zachodnimi odkryciami].

Do rzeczy. Mały PSC pomaga w życiu ziemskim, a jest przeszkodą w rozwoju duchowym.

Jednakże niezależnie od wielkości PSC jest tak wielkim pomocnikiem samego człowieka, że traktuje on PSC jako.. samego siebie!!! I wtedy: „o jakim obciążeniu proszę ciebie mówisz? Bo ja nie widzę żadnego „czegoś” oprócz siebie, tylko ja tu jestem. Nie czuję się źle, nie czuję że mam jakąś chorobę, nie przeżywam wściekłości. Dobrze, a nawet bardzo dobrze sobie radzę.. Chyba mnie z kimś pomyliłeś, jak mówisz o jakimś wydumanym „obciążeniu”.

Dziwne? Nie do końca. Identyfikacja z czymś pozytywnym jest bardzo starym, podstawowym mechanizmem. „Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą” – pewnie to znasz. Każdy „przy zdrowych zmysłach” człowiek będzie kolegował się z tym, kto jest silny, zdrowy, przyjazny. PSC jest taki, przynajmniej gdy patrzymy na swoje egoistyczne cele i na poziom fizycznego sukcesu. Prosto patrzące osoby, podległe wzorcom ewolucyjnym będą postrzegały osoby z PSC [np. samce alfa] jako coś niezwykle korzystnego. Dla populacji jest to wręcz konieczne, aby takie osoby były i działały na rzecz społeczności. Mogą nawet stanowić spore obciążenie dla otoczenia, ale efekty wsparcia dla społeczności mogą być na poziomie fizycznego przeżycia zdecydowanie pozytywne.

Wyjście z posiadania pomocnika nie tyle jest trudne [byłem energetycznym świadkiem już niejednego uwolnienia], co trudne jest nabranie motywacji do tego. Jeśli osobowość, Świadome Ja jest nieprzekonane na prawdę do tego, aby puścić kr. bo jeszcze NIE widzi, że sporo to kosztuje, to.. proszę tą osobę zostawić w spokoju, i nie przekonywać jej do czegokolwiek. Człowiek ma prawo do swoich postaw, do swoich wyborów. Proszę się oczywiście chronić przed PSC, który może mocno pogryźć, ale zostawić nosiciela w spokoju. A zwłaszcza go nie oceniać, nie oskarżać! Jeśli jesteś osobiście pogryziona/y, to zadbaj o siebie i o swój dobrostan, o to, żeby mieć takie motywacje, aby nie wchodzić pod kombajn duchowy, jakim jest PSC.

Znasz kawał, jak kura podnosi się po przejechaniu jej przez kombajn? Mówi: „szatan nie kogut!”
Mam nadzieję, że będziesz mieć od niej większą świadomość, co się wydarza. 🙂

No dobrze, to przeszliśmy przez najtrudniejszą część.

Dochodzimy do ekstremum yang. Tu sprawy wyglądają już zdecydowanie prościej. Chińczycy od wieków pielęgnowali yang, ponieważ dawało ono życie, przeżycie. Jednakże są także typy yang, takie jak PSC, które szkodzą mocno i są mocnymi graczami. Widać ich, słychać i czuć pięknie. Nie chowają się, wręcz szukają oczami, kto ich prowokuje. Rzucają mięsem aby uzyskać to, co najbardziej lubią: sprzeciw. Jeśli tylko wyczują u ofiary sprzeciw, świetnie się czują, ponieważ czują się uprawomocnieni, aby zrobić z niej kupkę nieszczęścia z pomocą PSC władających negatywnymi wysokimi energiami.

Takie postawy [trochę co prawda bardziej ucywilizowane] są bardzo popularne na szczytach firm, organizacji, zwłaszcza tych największych. Im większe pieniądze wchodzą w grę i jest to gra nieczysta, tym tam więcej można się spodziewać PSC.

Osobom, których cele zawierają się w kręgu władzy, pieniędzy, mocno imponują tacy ludzie, biletem do wyższych sfer najczęściej są potężne PSC. Nic dziwnego, że owa „pomoc” jest postrzegana bezwzględnie pozytywnie. Ba, wręcz jako nieodzowna, konieczna. I to prawda, osoba, która się oczyści z PSC, albo zwątpi w swoją postawę, mając wgląd w moralność, często jest odsuwana, rugowana, oszukiwana, wręcz zabijana [w kręgach gangów]. Jest postrzegana jako słabeusz.

Tak pozytywne przyjęcie przez osobowość prowadzi do zidentyfikowania się takiego „silnego” człowieka z PSC. Siła, możliwości wywierania wpływu, skąd one pochodzą? To przecież ja, to JA wywołuję takie potężne działanie, to moja zasługa, że zostałem szefem, profesorem, że mam taki potencjał organizacyjny, że aż się mnie boją, mówi ego. Wciąga PSC w obręb siebie. Bo jakże to, zostawić coś tak cennego na zewnątrz?

Nosiciel PSC nie ma cząstki, której by nie zaaprobował jako „siebie”. Co prawda czasami ma kłopoty [płaci haracz]: zatrucie alkoholem organizmu, czyli kac, nieprzytomność, oraz stany w których PSC przejmuje całkowicie kontrolę, a nosiciel ma dziurę w pamięci.  Nic to! Cel osiągnięty, stałem się wreszcie potężny, wreszcie porządzę.

.

Zespoły obciążeń

[link do opisu zespołów obciążeń]

U ludzi najczęściej występują nie pojedyncze obciążenia, a zespoły obciążeń, tzn. nie jedno, a dwa, nawet trzy naraz. Z różnym natężeniem. Powoduje to ogromną różnorodność postaw, pragnień, możliwości.

Tutaj postrzeganie obciążeń jest niejednoznaczne, może być sumowanie się, a może wystąpić ambiwalencja. Czyli osobowość będzie złożona, złożone będzie też utożsamienie: z jednymi sprawami człowiek będzie chciał się utożsamiać, a inne będzie wypierać, mówiąc, że to nie jego.

Dzisiejsze nowoczesne psychoterapie dobrze sobie radzą i obserwują zjawisko wypierania. Mówi się o projekcjach: zamiast coś widzieć u siebie, uciekam od tego, np. wyobrażając sobie, że to wyłącznie świat mi funduje takie doświadczenia. Czegoś nie chcę? – zacznę uważać to za nieswoje.

I tu przychodzi terapia z „powściąganiem” projekcji. Powoli pracuje się nad tym, aby u siebie zauważać przyczyny swoich osobistych stanów, czy wręcz losu spowodowanego takimi stanami.

Jedyny kłopot to taki, że w przypadku PSC już terapie nie robią odwrotnego kroku: nie oddzielają nosiciela od symbionta. Przez co są totalnie nieskuteczne. A przylgnięcie nosiciela do PSC jest zwykle tak duże. Człowiek taki nie chce oddać kury znoszącej złote jaja.

.

Spektrum postrzegania

A więc dotarliśmy od początku, zdystansowania się od obciążenia –  do przeciwległego brzegu: do całkowitej identyfikacji z obciążeniem.

Począwszy od całkowitego odrzucenia obciążenia [„mam depresję”], przeszliśmy przez częściowe odrzucenie pogryzienia [„czuję dyskomfort”], przyjęcie w dużej części wsparcia od wejscia [„jestem w prawie”], aż do całkowitego zidentyfikowania się z obciążeniem „całkowicie pomocnym”, czyli „PSC to ja”.

Proszę zobaczyć, jak się te postawy różnią. W zależności od postrzeganej użyteczności człowiek „bierze do siebie” od 0% do 100% efektów tego, czym jest obciążony. Proszę zauważyć, jak słabo to oddaje słowo „obciążenie”. Nadal powtarzam, dzieje się tak ponieważ jest to nie obciążenie 20 kilogramami ziemniaków w worze, a jest to obciążenie duchowe. I tylko w kategoriach duchowych ma sens ta nazwa.

Ma ona na tyle sens, na ile dana osoba bierze do siebie pogląd duchowy, na ile ma cele duchowe.

Jeśli ktoś nie ma celów duchowych, to najpewniej nie będzie jej obchodziło go/ją czy dana postawa jest obciążeniem, czy nie, na ile nie będzie przeszkodą w bieżącym życiu.

I proszę – nie zmieniajmy tego. Każda silniejsza próba wywierania nacisku, czy nawet „przekonywania” może stać się karmą.

Advertisements

36 komentarzy (+add yours?)

  1. Marek
    Maj 12, 2013 @ 20:40:11

    Dobry wieczór. Zgadza się, sam jako mam nadzieję już ex posiadacz wejścia, byłem wdzięczny za tę siłę którą mi to dawało. Już jako małolat wiedziałem, że to nie jest moje, że ten emocje które odczuwam na pewno nie są moje – natomiast pomagały mi radzić sobie z zagrożeniem fizycznym, generowanym przez nosicieli krokodyla. Jak oni mnie żarli, to wtedy ja im rozkwasiłem parę nosów i darmowa stołówka się skończyła. Wejście daje niesamowity poziom energii i niezwykłe wsparcie w walce. Natomiast całe życie wtedy się po prostu wali; depresja, niechęć do życia, zawstydzenie wszystkim, strach przed wyzwaniem. To jest cena za to, że w razie ataku słownego można kogoś sprowokować i pokonać w walce. Jak mnie ktoś obraził, to lżyłem go tak że musiał mnie zaatakować – a że ćwiczyłem wiele lat, to już wtedy wiedziałem jak i gdzie walnąć. W sumie to obrzydliwa sprawa, coś okropnego. Cena jest fatalna, ale jeśli ma się w otoczeniu krokodyle, nie można od nich uciec to co zrobić? pozostaje brać na pokład wejście.

    U Podwodnego wyczytałem ciekawą rzecz. On wyraźnie pisze, że można się chronić przed nosicielem krokodyla, patrząc na niego tak jak psychiatra patrzy na pacjenta – po prostu jest ustawiony że ma niepoważnie go traktować. Wtedy jego raniące słowa nie wzbudzają emocji u lekarza i nie dochodzi do pogryzienia.On to wyraźnie pisze – czyli można traktować nosiciela jak chorego psychicznie, mieć tego świadomość – wtedy można nie brać do siebie tego co mówi. Trudne w wykonaniu, zwłaszcza z kimś kogo znamy – ale są sposoby.

  2. Marek
    Maj 12, 2013 @ 20:42:37

    Mam jeszcze pytanie Andrzej, jeśli byłbyś tak miły. Jak ćwiczyć ciało eteryczne? rozszerzam je i kurczę, w ten sposób je trenuję – i faktycznie, można nim niekiedy wyczuć różne rzeczy, odczuwam to jakby zmianę ciśnienia. Czy można jeszcze je wzmocnić? pytam ponieważ Podwodny (i nie tylko on) pisze że wzmocnienie go, mocno chroni ciało fizyczne, dba o jego zdrowie i siłę. Dzięki z góry, pozdrawiam mocno.

  3. Ania
    Maj 13, 2013 @ 21:04:33

    A czy kontakt z osobą z zatruciem od wejścia może być obciążający dla otoczenia? Nawet wbrew jej woli i nieświadomie?

  4. SwiatDucha
    Maj 13, 2013 @ 23:07:47

    to żeś pobalował w swoim życiu..
    Ja mam sposób taki: na poziomie gdzie jest kr nie wykonywać żadnych poruszeń, wtedy kr mnie nie dostrzeże. Tak ludzie zamierają przed psami i one nie gryzą.
    Np. kr. astralny [emocjonalny], gdy nie będę miał żadnej emocji, to mogę przed nim przechodzić bez reakcji. A jak to zrobić, żeby nie mieć uruchomionych emocji? trzeba poćwiczyć.

  5. SwiatDucha
    Maj 13, 2013 @ 23:09:00

    Można nauczyć się bioenergoterapii. Kurs i praktyka same z siebie wzmocnią, uelastycznią i zwiększą kontrolę tego ciała.

  6. SwiatDucha
    Maj 13, 2013 @ 23:36:08

    Myślę, że może być obciążający, o ile taki ktoś nie umie sobie radzić w życiu, natomiast chce wykorzystać otoczenie aby mu pomogli.

    Jeśli nie ma takiej intencji wykorzystywania otoczenia, to już sprawa jest zależna od osób z otoczenia – mogą być nadopiekuńczy, współuzależnieni, i też coś stracą, ale już z własnej przyczyny.

  7. greta minde
    Maj 15, 2013 @ 11:41:34

    Jakby nie patrzeć, w każdym z obciążeń widać brak odpowiedzialności za swoje działania, przy nadmiernej ingerencji w działania innych. Osobiście cieszę się, że spotkanie z twardymi faktami otrzeźwiło mnie na tyle, abym podjęła kierunek – rozwijam i poprawiam siebie, a nie świat dokoła. Widzę już tego malutkie efekty. Nie ma sensu epatować nimi, ale i w życiu prywatnym i zawodowym jest zupełnie ok. Dostrzegam też rozwój innych, bardzo piękny czasami. Na koniec dziękuję za przypomnienie o ważnej rzeczy….ukłony dla Pana.

  8. SwiatDucha
    Maj 15, 2013 @ 21:29:23

    Greta, pewnie to dobry kierunek.

  9. SwiatDucha
    Maj 16, 2013 @ 00:26:33

    Ciekawe takie dociekania ! 🙂 Może coś się urodzi?
    Wydaje mi się, że w różnych psychoterapiach można znaleźć takie teksty, które mogą Cię zainspirować. Terapeuci, może nie mając takiej świadomości, pewnie też coś intuicyjnie mogli odkrywać.

  10. Darek
    Maj 16, 2013 @ 19:42:09

    Czy Ty Ula jesteś z wykształcenia psycholożką? Albo psychiatrą? Pozdr!

  11. Darek
    Maj 16, 2013 @ 20:59:19

    Szukasz cieków wodnych np.w górach pod wykop studni?

  12. SwiatDucha
    Maj 16, 2013 @ 23:31:29

    ale idzie do przodu, i to się liczy!

  13. pumpel
    Maj 17, 2013 @ 20:23:07

    To ja chyba coś podobnego robię w kontaktach z mamą. Np. kiedy zaczyna się „nakręcanie” sytuacji, mówię: „oj, już przestań rzucać klątwy”. Ona się śmieje myśląc, że żartuję, ja też się śmieję, a problem nazwany po imieniu jakby traci energię 🙂

  14. Dorota
    Maj 17, 2013 @ 20:53:25

    Mnie sie niedawawno przydazylo spotkanie z krokodylem. Nosicielem okazal sie wujek mojego meza, oredownik prokreacji i wartosci rodzinnych.
    Pierwsze podejscie: powinnas miec dziecko, to takie naturalne i oczywiste, przeciez wszyscy maja itp, itd.
    Odpowiedz: absolutnie wujek ma racje, z punktu widzenia wujka, oczywiscie.

    Drugie podejscie: wujek usiadl wygodnie, zakotwiczyl sie, bym powiedziala, patrzy sie na mnie wzrokiem hipnotyzera i mowi tak:
    JA CI TO MOWIE TY MUSISZ MIEC DZIECKO. JA CI TO MOWIE A SKORO JA MOWIE TO TO JEST WAZNE, TO MA WAGE. MASZ ZROBIC CO JA MOWIE. ( powiedziane dobitnie i duzymi literami). Z mojej strona potakujaca cisza.

    Trzecie podejscie: postawa jak przy drugim podejsciu i mowi tak:
    nawet moja corka lekarz ze specjalizacja !!!!! ma dwoje dzieci i ona sie nimi zajmuje od 6 rano do 22 a przeciez ma specjalizacje. To skoro ona moze to i ty ( w domysle bez specjalizacji ) tez mozesz.
    Z mojej strony potakujaca cisza.

    Czwarte podejscie: my cie ty wszyscy lubimy, bo siedzisz cicho i sie nie wtracasz.
    Przyznaje, szarpnelo mnie, ale sie nie odezwalam.

    Piatego podejscia nie bylo, wujek wyjechal z powrotem. Uff…………

  15. SwiatDucha
    Maj 17, 2013 @ 21:28:08

    To żeś miała lekcję poddaństwa!

    Takie podejście to chyba raczej cechują osobę z wejściem. Osoba z kr. to jest raczej luzak! A który luzak będzie cię przekonywał do posiadania dzieci i będzie mieć wartości rodzinne.
    Poczytaj o wejściach [link].

    Energie co prawda były w czasie tych przekonywań duże i pewnie nieprzyjemne, jak piszesz. Natomiast który kr. będzie do czegoś przekonywał!?
    Może ew. wuj ma oprócz wejscia jeszcze kr. i to może go dodatkowo wspierać. Ale pierwszorzędne przekonywanie to od wejścia. I ta postawa „ja wiem, co dla ciebie dobre”. Kr. często nawet nie zauważa, że jest ktoś inny, jeśli czegoś chce, to oczywiście to oznacza, że całe otoczenie się mu poddaje bez szemrania. Więc nie ma potrzeby jakichkolwiek tłumaczeń.
    Nasilanie, przekonywanie – wejście.
    Argumentowanie – wejście.

  16. SwiatDucha
    Maj 17, 2013 @ 21:57:06

    Dzięki, kasztan!

    Dystans kr. dobrze rozumieją. Wyczuwają swoje ofiary po jego braku. Jeśli ktoś prezentuje dystans to symbiont interpretuje go jako „swojego”, choć nieznanego.

    Część osób ma wzorce które kierują je na stronę kr. I wystarczy uruchomić wzorce, a program zadziałą. Tak działają nauczyciele podrywu – uczą wzorców, które mają najbardziej „efektywni” podrywacze. Z tym, że ci podrywacze owe wzorce uruchomili poprzez działanie symbionta, to są wzorce kr., a nie ich. To trochę jest „jeśli wpadłeś między wrony…”. Wtedy nie zadziobią.

    Ja w pracy miałem oczywiście też szefa z kr. [tak wygląda najazd na Ziemię i jej duchowa okupacja]. Nawet wiedziałem o wzorcach kr i czasami je świadomie stosowałem – czułem się jak w nieswoim ubraniu. Ale częściej próbowałem uruchamiać wysokie wibracje, których kr. nie znoszą.

    Kr lubią profanować – a to powiedzą przekleństwo, a to zapomną o moralności. A ja trzymałem fason, ale zupełnie bez zabiegania oń i zupełnie bez krytyki. I kr. nie mógł mieć we mnie kolegi.. Nie awansowałem w towarzystwie – nie byłem „kumplem”, ale też kr się mnie nie czepiał – uważał mnie za „dziwnego”. Na tyle, że nie obarczano mnie jakimiś obciążeniami.

    Nosiciel jest też człowiekiem, trzeba pamiętać. Ma swoje kłopoty, nie chce czegoś robić, wkurza go coś itd. Dlatego te taktyki działają, ale są specjalnie korzystne, jak zauważasz na kr.

  17. Darek
    Maj 18, 2013 @ 10:56:34

    Witam! Andrzeju, a jak z tym luzactwem sprawa wygląda u osób z krokodylami znajdującymi się na różnych ciałach subtelnych? Np.osoba z krokodylem fizycznym będzie bardziej wyluzowana w jakiejś grupie, niż osoba np. z krokodylem astralnym?

  18. Dorota
    Maj 18, 2013 @ 15:09:20

    Slusznie, to wyglada na wejscie, poczytalam sobie.

    A wuj, jak sadze nieswiadomie zupelnie, przypomnial mi, ze mam karme niewolnika. Obciazenie paskudne, szczegolnie kladzie sie cieniem na kwestie pracy i finansow, zwiazku tez lubi powykrzywiac.
    Pozdrawiam.

  19. SwiatDucha
    Maj 18, 2013 @ 20:25:40

    Zobacz na stronę o kr i zobacz temat „ideały kr.” One w tych obszarach obiecują dać nosicielowi szczęście i .. luz.

  20. SwiatDucha
    Maj 19, 2013 @ 10:50:14

    ale osoba z wejściem jest zadowolona, i to wydaje się dla niej najważniejsze 🙂

  21. SwiatDucha
    Maj 19, 2013 @ 20:58:57

    Ciekawe spostrzeżenie.
    Tak, jak piszesz, masz wrażenie. I kr chce, żebyś miała takie wrażenie, oto spełnienie jego iluzji.

    Ja w moich tekstach głównie pokazuję postawy osoby obciążonej. Podstawą wzięcia symbionta jest poczucie niedostatku. Kr nie jest terapeutą, więc nie leczy nosiciela z niedostatku, jedynie manipuluje jego nastrojem tak, aby ów czuł się komfortowo. Gdy jest ok, to nosiciel bryluje [i wywołuje wrażenie, że jest z siebie zadowolony].

    Gdy jednak przychodzi czas płacenia symbiontowi, gdy nosiciel zsuwa się w obniżone wibracje [pije alkohol, pali, bierze narkotyki], to gdy się przyjrzeć człowiekowi w takim dole, można zauważyć, że.. się boi. Ma wątpliwości, i aby je zabić, zaczyna np. szukać zapewnień o przyjaźni [alkoholicy tak mają]: „no co, nie napijesz się z nami?”. Próbuje utrzymać kontakt z osobami, które zapewnią go o przyjaźni, o tym, że nim nie gardzą. Dlaczego? Ponieważ się tego bardzo obawia, to jest jego głębsze odczucie.

    Tu już iluzji nie ma tak dużej – jest za to widoczny lęk, niepokój, próba „zapomnienia”. Jeśli nawet jest coś „dużego”, to jest postawa „wielkościowa” [co to ja nie jestem, ile masz ze mną korzyści], ale nie jest to poczucie zadowolenia i nie redukuje lęku z głębi.

    Tak więc narcyzm nie jest jakiś specjalnie radosny, jakby się z zewnątrz wydawał. Ciekawa książka [Narcyzm, Aleksander Lowen]. Cytat z niej: „Zaprzeczanie smutkowi i strachowi pozwala jednostce rzutować [na otoczenie] obraz niezależności, odwagi i siły. „

  22. Darek
    Maj 20, 2013 @ 11:55:34

    Podzielam WASZE zdanie w PeŁni!!! Pozdr!

  23. SwiatDucha
    Maj 20, 2013 @ 17:06:48

    I jeszcze do tematu.. zjarania..

    – Na miejscu, czy na wynos?
    – Tak.

    🙂

  24. Conchita
    Maj 21, 2013 @ 21:10:49

    Ja zawsze marzyłam o niestandardowym związku, wyjściu poza schematy rodzinne, życiu w innym systemie wartości niż dobra materialne i cele narzucone społecznie. Życie, które prowadzili i prowadzą jeszcze moi rodzice wydawało mi się śmiercią za życia lub wyrokiem w więzieniu na dożywocie… Niestety nigdy nie wierzyłam, że znajdę osobę, z którą inne życie byłoby możliwe, nie wierzyłam, że możliwe jest znalezienie „bratniej duszy”. Po prostu nie było takich ludzi w moim otoczeniu.
    I nie znalazłam człowieka w którego duszy mogłabym rozpuścić się, połączyć się w miłości… Zajęłam się poszukiwaniami w innych dziedzinach.

    W obe ale i w dziennej świadomości spotykałam potem istoty, z którymi czułam jedność duchową, można się było porozumiewać z umysłu do umysłu, one promieniowały tą przepastną mądrością i miłością, dojrzałością – szerooką ponad ziemską perspektywą. W tamtym okresie dużo się uczyłam od nich. Ale to się skończyło ileś tam lat temu. Potem była samotność.

    Nie wierzę, że samotność to obciążenie czy instynkt. Tak samo pragnienie miłości. Wydaje mi się, że to głos – sygnał z wnętrza, pierwotna tęsknota za spełnieniem – w pełni, którą daje jedność w czystej bezgranicznej nieobciążonej miłości. My to w środku wiemy, jakoś czujemy i stąd tęsknota. W swojej młodości nazywałam to „sygnał naprowadzający” – na prawdziwą duchowość, żywe życie (nie plastikowe obrazki)… Nasza prawdziwa natura / Budda/ Bóg nas prowadzi do siebie.

  25. SwiatDucha
    Maj 21, 2013 @ 22:26:21

    Tristen, co ja mam powiedzieć?
    Sam podałeś tematy, które są podstawą do osobistej refleksji. I ta refleksja wydaje się częścią rozwoju, niemalże „jest w planie rozwojowym”, przynajmniej ja tak to odbieram.

    Koń, który skacze na przeszkodach uruchamia swoje zdolności, których nie mógłby bez nich osiągnąć. Pytanie, czy zgodzimy się na takie traktowanie, czy tego chcemy?

    Wręcz, czy możemy odmówić – czy istnieje możliwość, abyśmy NIE przechodzili treningu związanego z rozwojem duchowym?

  26. Darek
    Maj 22, 2013 @ 23:00:45

    Od pewnego czasu właśnie się zastanawiam – czy coraz większe pragnienie przeze mnie miłości, nie przenieść na inną sferę życia. Tzn. na sferę finansów. Pokochać do szaleństwa fortunę! Zresztą marzę o tym całe życie. Właśnie na sobotę planuję wypad w teren z wykrywaczem metali. Wykrywacz mógłby pozostać w domu. Bardziej zastanawiam się od kogo pożyczyć kilof? Może na początku zrobię mały rekonesans terenu, ponieważ od ostatniego wypadu mogło się dużo zmienić? Pozdr!

  27. Airaenn
    Maj 23, 2013 @ 01:16:40

    Statystycznie mówi się, że zakochanie się kosztuje średnio utratę dwójki bliskich przyjaciół. To już jest punkt do wyciągania wniosków – ludzie w związku nagle przestają mieć czas i chęć na aktywności niezwiązane z „drugą połówką”. To jest chyba największy wyznacznik tego, jak nieprawidłowo funkcjonują związki, nie powinny one człowieka uzależniać, wręcz „przykuwać” do drugiej osoby, a tak się często dzieje. Już słynne wyjścia z kolegami na piwo i związane z tym kłótnie z dziewczyną to dobry przykład. Ale oczywiście działa to w obie strony, mężczyźni chorobliwie zazdrośni o swoje wybranki – nie tędy droga, nie na tym powinien opierać się związek. Zawsze jak analizowałam mechanizm zdrady, jedyną logiczną odpowiedzią, jaka mi przychodziła do głowy, byłoby spokojne pozwolenie zdradzającemu odejść, nie mają sensu wszelkie awantury, branie na litość. W prawdziwym, dobrym związku, coś takiego by się nie zdarzyło, a skoro jest, to trudno. Nie jesteśmy przecież ze sobą zespawani, każdy powinien móc odejść kiedy tylko czuje taką potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że taki model w 99% wypadków nie ma szans działać, że nie będzie prowadził do niczego – ale jest ten jeden procent wyjątków. Związek to takie chwilowe podjęcie współpracy dla obopólnego zysku, nie monopol. Spotkaliśmy innego wędrowca na szlaku, więc idziemy we dwójkę, umilając sobie wzajemnie podróż, ale kiedy szlaki rozejdą się, każde z nas pójdzie w swoją stronę – tak to widzę. Dlatego chyba na pewnym etapie starsze dusze zaczynają mieć problemy – dusz zdolnych i chętnych dotrzymać im kroku jest coraz mniej, a na toksyczne, niezdrowe relacje, powoli brakuje przyzwolenia. Związki zwykle buduje się nie na miłości, a na próżności (ile ja spotkałam dziewczyn, które są w związku z chłopakiem, którego wcale nie kochają, ale czują się lepiej będąc w związku, jakimkolwiek), strachu, zachłanności. „Mój chłopak”, „mój mąż”, „moja dziewczyna” – już, podkreślanie zależności, nagle ktoś sobie rości prawo własności do cudzej duszy, każdy przecież lubi posiadać, być posiadanym jednak już nie koniecznie. Dusze tego nie chcą, bronią się i w efekcie zostają same, na lodzie. Znajduję u siebie podświadomy lęk przed związkami, włącza mi się mechanizm „uciekaj”, zapewne duszka nabrała rozsądku i nie wlezie sama pod nóż 🙂 A może kiedyś trafi się ktoś, kto zechce towarzyszyć na drodze, moim tempem.

  28. Darek
    Maj 23, 2013 @ 15:15:36

    Teraz związki są oparte na kocie i ogonie. Ale masz ślicznego kota! A ty jaki super ogon!

  29. SwiatDucha
    Maj 23, 2013 @ 21:00:41

    > ze nie istnieja zwiazki bezkalkulacyjne

    kiedyś takich związków było dużo, dzisiaj chyba w ogóle nie ma. w każdym domu można znaleźć co najmniej jeden kalkulator, a w większości jest co najmniej jeden komputer, który kalkuluje o wiele sprawniej od kalkulatora. Biorąc pod uwagę to, że dostałem na targu od gościa kalkulator zupełnie za darmo, to przyszłość miłości bezkalkulatorowej szacuję niezwykle nisko.

  30. Airaenn
    Maj 23, 2013 @ 22:31:33

    Czy może istnieć związek oparty na bezinteresowności czy też nie to już kwestia terminologii, myślę, że na potrzeby dyskusji wygodniej będzie przyjąć, że coś takiego może istnieć, nawet jeśli będzie to konstrukt czysto hipotetyczny.
    Też nie uważam kalkulacji za coś złego, o ile będzie to kalkulacja faktycznie, a nie wróżenie z fusów i własnych wyobrażeń. Nie ma chyba nic zdrowszego dla każdej relacji, niż trzeźwa ocena stanu faktycznego. Wtedy nie ma złudzeń, nie ma też frustracji wynikającej z niespełnienia przez drugą osobę naszych absurdalnych roszczeń. Myślę że cechy miłości w stanie czystym są łatwe do określenia, taka miłość jest po prostu oparta na głębokim szacunku (wzajemnym!).

  31. SwiatDucha
    Maj 31, 2013 @ 21:45:38

    to trochę przypomina cykl „dni Brahmy” u Hindusów

  32. marta
    Czer 04, 2013 @ 13:03:25

    Pozwole sobie odpowiedziec na ten komentarz, bo poruszyles ciekawy temat.
    Jesli chodzi o postrzeganie zwiazku z mezczyzna jako zaleznosc oraz o standardowy schemat rodziny – z wlasnych obserwacji, szczegolnie wsrod znajomych, widze jak bardzo sie to zmienia w dzisiejszych czasach. Znam wiele zwiazkow, gdzie role sie zupelnie odwrocily – mezczyzni jakby przestali odnajdowac sie w obecnym swiecie: zagubieni, z nalogami i bez porzadnej pracy coraz trudniej spelniaja role opiekuna domowego ogniska. Bardzo duzo kobiet rozwija sie zawodowo prezniej niz mezczyzni – ba! robia kariery i wychowuja dzieci w tym samym czasie! Znam takich przypadkow conajmniej kilka, gdzie mezczyzni tulaja sie od pracy tymczasowej do pracy tymczasowej, a kobiety poza etatem lapia sie wszelkich dorywczych prac i wspomagaja sie rodzicami i tesciami byleby ten dom jakos utrzymac. Czy w takiej sytuacji mozna mowic o jakiejkolwiek zaleznosci? Jesli to kobieta jest bardziej zorganizowana i przedsiebiorcza?
    W moim malzenstwie role takze sie odwrocily – to ja utrzymuje nasz dom finansowo, a maz ugotuje obiad, pomoze w sprawach domowych na ktore ja juz nie mam sily, itp. Na poczatku kiedy tak sie stalo byl maly szok, ale obecnie rozumiem, ze dobralismy sie idealnie i po prostu tak jest dobrze: mi latwo przychodzi robienie kariery zawodowej (z ktora on ma problem), a on bez wiekszych problemow zadba by w domu niczego nie brakowalo itp. ogolnie zadba o wszystko, co mnie malo interesuje. Jak widac, zaleznosc kobiety od mezczyzny znika tu zupelnie.

    Od zawsze interesuje sie rozwojem duchowym, w taki lub inny sposob, a mimo to udaje sie nam stworzyc zgrana pare. Owszem, zdarzyl sie mega kryzys, kiedy brakowalo mi w mezu bratniej duszy miedzy innymi w kwestii zainteresowan duchowoscia – jego to malo rusza, a ja czulam brak porozumienia. Brak tego, o czym piszecie w komentarzach.
    Teraz wiem, ze to bardzo bledne podejscie. Nie ma idealow. Nie mozna chciec wszystkiego. Jeden partner bedzie doskonale porozumiewal sie z nami bez slow, ale bedzie mial dwie lewe rece do wszystkiego i bedzie klotliwy. Inny partner bedzie swietnym ojcem, ale kiepski w lozku. Jeszcze inny bedzie mial inne cechy. Tak wiec uwazam, ze to kwestia pewnego kompromisu oraz wybrania partnera, ktory spelnia warunki dla nas konieczne do wspolnego koegzystowania. Na reszte przymyka sie oko… w koncu z przyjacielem tez mozna podyskutowac o duchowosci.
    My rowniez nie jestesmy idealami, nie spelniamy wszystkich wymagan drugiej osoby – wiec czemu mamy oczekiwac tego od innych i szukac idealow?

    Jesli wiekszosc osob interesujacych sie duchowoscia jest sama, to byc moze wlasnie dlatego. Oczekuja zbyt wiele, jakichs ekstatycznych duchowych doznan z partnerem. Byc moze takie sa mozliwe, ja ich doswiadczam na innym poziomie, sa bardziej subtelne, ledwo dostrzegalne.
    Milosc, szacunek i troche pokory. I mysle, ze skoro relacje z drugim czlowiekiem sa najlepsza metoda na poznawanie siebie samego, to nie moze byc mowy o tym, aby milosc partnerska blokowala nasz rozwoj.
    Takie jest moje zdanie – szczesliwej mezatki interesujacej sie rozwojem duchowym 😉
    Pozdrawiam serdecznie

  33. marta
    Czer 04, 2013 @ 13:44:13

    Tristen – zgadzam sie z wiekszoscia tego co piszesz. Ludzie bywaja ogolnie leniwi bardzo czesto 😉 i miewaja postawy roszczeniowe „bo mi sie nalezy”.

    Masz racje, ze epoka tradycyjnych zwiazkow sie skonczyla – i dzieki bogu, zbyt wiele zwiazkow rodzicow moich znajomych (i moich rodzicow tez) to jedno wielkie nieporozumienie i patologia.
    Niemniej… napatrzylam sie troche na druga strone medalu, to sie chyba nazywa ta „wolnosc w zwiazku” o ktorej mowisz. Mieszkalam przez kilka lat w Anglii, gdzie podejscie do zwiazkow jest duzo lzejsze i swobodniejsze. Coraz mniej ludzi sie zeni, masa kobiet w wieku np. 40-50 lat, ktore maja „chlopaka”, kilkoro dzieci kazde z innym tatusiem i spotykaja sie na rodzinnych zlotach z dziecmi swoimi i swojego partnera – niby fajnie, milo ale jakos…. niezdrowo. Z osob, z ktorymi blisko wspolpracowalam przez 2 lata obecnie (czyli rok po wyjezdzie stamtad) prawie wszyscy zmienili juz partnerow.

    „Mysle, ze osoby interesujace sie duchowoscia maja nie tyle za wysoie wymagania, co po prostu chca byc wolne i zwiazek traktuja jako dobrowolny uklad partnerski, gdzie nie ma deklarajci ,,bede z Toba do grobowej deksi”.Takie podejscie sprawia, ze przecietny czlowiek nie chce wchodzic w tego typu relacje, bo: a) kobieta w takim zwiazku nie czuje sie wystarczajaco bezpieczna (podktesktem jest chec posiadania dzieci i pozniejsze ich utrzymanie)” -> wg mnie jesli kobieta sugeruje sie checia posiadania potomstwa, to wlasnie potrzebuje takiej deklaracji, ze partner bedzie przy niej conajmniej do momentu kiedy dzieci osiagna samodzielnosc. dobrowolny uklad partnerski moze przeciez zawierac taka deklaracje – raczej w naszej kulturze przysiegi malzenskie sa dobrowolne. a wolnosc o ktorej mowisz niebezpiecznie kojarzy mi sie z uciekaniem od odpowiedzialnosci, szczegolnie jesli posiada sie dzieci o ktore trzeba zadbac, wbrew temu, czy w zwiazku sie jeszcze uklada czy juz nie.

  34. marta
    Czer 04, 2013 @ 13:50:26

    więc jak wygląda związek pozbawiony jakichkolwiek oczekiwań? ciekawi mnie przyklad z życia wzięty, a nie wyidealizowany obraz tego jak powinno być..

  35. marta
    Czer 04, 2013 @ 14:51:16

    amen :)) zgadzam sie rowniez;)

  36. Darek
    Czer 20, 2013 @ 21:10:17

    O tak Magiczne Pastylki jak najbardziej + fizyczny olbrzym! Tylko nie wiem co on żre? Może pochłania energię z odmiennych stanów?

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: