Weryfikacja w postaci wyrównania

Motto:

Jesteś dzieckiem wszechświata,
nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj
i czy jest to dla ciebie jasne czy nie,
nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Desiderata, Autor: Max Ehrmann

Osoby, które mają dobry nastrój, które mają dobrą karmę, dobre życie, których nie interesują kłopoty, problemy życiowe i to, jak się w nich odnajdywać, jak z nich wychodzić –

proszę nie czytać tego tekstu.

Pisałem ostatnio na blogu o weryfikacji, natomiast nie zadałem pytania „dlaczego” tak się dzieje, dlaczego owa weryfikacja następuje, gdy ktoś akurat chce się rozwijać. A mamy przykłady na to, że weryfikacja rozwoju pokazuje się jako opisywane w książkach wyrównanie.

Tekst ten dotyczy zjawiska, które dotyka ludzi i odbierane jest zwykle jako przeszkoda w rozwoju, jako coś przykrego, co się wydarza. Niestety więc i sam tekst nie jest super wesoły, proszę to mieć na względzie, że mam tego świadomość. A tekst jest tylko podążeniem za realiami, za odczuciami. Myślę, że także i na tekst o samych pozytywach też przyjdzie czas.

Staram się nie malować pięknych widoczków, które nie są realne, a pokazywać to, co się wydarza. A jest sporo osób, których życie naprawdę nie ma zbyt dużo pozytywów. A też by chciały, żeby się odnosić do ich sytuacji tak, żeby coś z tego było, żeby można się np. odbić od dna.

Z realnością, nawet tą ciężką, można pracować, a lukrowanej pozytywnej wizji nie można brać konkretnie, efektywnie jako podstawy życia. No chyba, że ktoś lubi prowadzić nierealne życie i lekką mgiełkę oszukiwania siebie i otoczenia.

Jak za każdymi emocjami, tak i z tymi, które mówią: „wkurza mnie to, że coś mi znowu zostało rzucone pod nogi” można pracować i odkrywać ich przyczynę. I przetwarzać tą energię emocji tak, aby stała się, poprzez przejście procesu transformacji, bardziej pozytywna. Taką transformację bardzo polecam! [I ją bym nazwał integrowaniem przeżyć. A nie nazwałbym integrowaniem włączania w swoje energie energii jakichś ciemnych zewnętrznych istot, jakby niektórzy chcieli. I jakby pewnie te istoty chciały.]

Ewa Cyzman Bany mówi o tym, jak przestała chcieć czytać maile ludzi, którzy opisują jej swoje historie. Gdyby czytała je, angażowałaby się i pojawiłaby się konieczność zweryfikowania jej osobistych postaw. Mówi o tym, jak treści, które przychodzą ze świata, a z którymi się łączy, wymagają od niej reakcji:

Weryfikacja rozwoju

Weryfikacja rozwoju według mnie ma na celu wskazanie niewystarczająco pozytywnego nastawienia człowieka.
Jak rozwijamy się, to naturalnym jest, że coś jeszcze zostaje w nas, co nie przystaje do bardziej pozytywnej realności, do której poprzez rozwój dochodzimy.

No i tu przychodzi weryfikacja i pokazuje właśnie to palcem.

Co prawda, samą weryfikację trudno nazwać „pozytywną”. Zwykle nie chcemy jej, albo z jej powodu przeżywamy mniejsze lub większe cierpienie.

Weryfikacje potrafią obejmować różne dziedziny życia.

Myślę, że bóle głowy i inne bóle cielesne są formą weryfikacji.

Np. ktoś zjadł coś niekorzystnego dla jego organizmu i po jakimś czasie pojawia się niedyspozycja, nawet ból. Oczekiwanie, że ciało wszystko dobrze zniesie może być nierealistyczne. Czyli następuje weryfikacja – czy ten ktoś będzie miał na tyle pozytywne podejście, że zadba odpowiednio o swoje ciało? A może nie zechce się tym przejmować i będzie nadal się szprycował czymś niezdrowym?

A i oczywiście inne takie sprawy, jak np. nieprzychylni sąsiedzi, mało wrażliwi rodzice.

Rodzice bardzo mocno acz nieprzytomnie przykładają się aby wyrównywać i weryfikować swoje potomstwo..
Dlatego związki rodzice-dzieci bywają najtrudniejsze.
Tyle tylko, że tu już mamy do czynienia z długoterminowym okresem. Jak ktoś żył w poprzednim życiu, to teraz tamte postawy Duszy są przystawiane do weryfikującej je relacji z obecnymi rodzicami. I Wszechświat się pyta: i co ty teraz na to? Nadal chcesz podtrzymywać swoje postawy? Bo jeśli chcesz, to potrzeba się trochę jeszcze poczyścić.

Jak są to postawy odpowiednie, adekwatne, pozytywne, to najpewniej nie będzie potrzeby ich zmieniać. Natomiast jeśli postawy Duszy z poprzednich wcieleń są w jakiś sposób obciążone, to Wszechświat zadba o to, żeby rodzice właśnie je wydobyli na wierzch. Ba, sama Dusza ciągnie w kierunku takich rodziców, ponieważ jest to kierunek maksymalizacji doświadczeń!

U autorów

Weryfikacja, wyrównanie jest opisywana przez autorów ezoterycznych. Łazariew jak mówi, że „choroby blokują programy niszczenia [innego człowieka]” to ma na myśli proces, który właśnie nie dopuszcza do rozwinięcia się negatywnych programów. Innymi słowy taki proces weryfikuje. Mówi: „przy takim nastawieniu atakującym innych Wszechświat nie zezwala temu człowiekowi na dalsze zdrowe i szczęśliwe życie”.
Opowiadania Łazariewa przedstawiają przykłady, że gdy człowiek zrezygnuje z negatywnej postawy, proces weryfikacyjny odstępuje od niego.

Wadim Zeland w „Transerfingu” wiele razy opowiada o weryfikacji rozwoju w postaci wyrównania przychodzącego z tzw. wahadłami, czyli siłami wyrównującymi zbyt duży, narosły potencjał człowieka. Od czasu do czasu przychodzą i weryfikują „silną ręką” to, co nie zgadza się z regułami świata [na różnych poziomach są różne reguły, proszę pamiętać – link]

Zwykle się to stosuje do wybujałych postaw egoistycznych, jak opowiada autor. Dusze nie są refleksyjne co do swoich postaw. Weryfikacja nie do końca pozytywnego nastawienia następuje z tego powodu czasami mocno, bezwzględnie. Wszechświat nie ma względu na to, czy ktoś [albo jego Dusza] coś przemyśleli, czy też nie.

Czy wyrównanie może być dla nas nauką?

Boga nikt nie widział. A efekty jego działania są powszechnie dostępne. My sami jesteśmy pośrednio jego kreacjami. Czy możemy mówić, że wyrównanie, które jest stosowane przez Wszechświat ma cechy edukowania ludzi?
Czy weryfikowanie rozwoju w ten sposób, żeby sprawdzać, czy już człowiek ma dostatecznie pozytywną postawę jest kształcące? Czy spełnia swoją rolę – jako chyba jedyny, albo jeden z elementów które nam „pokazują jak żyć”?

Czy takie wychowanie przez negatywne weryfikacje jest wystarczająco zrozumiałe? Bo wygląda na to, że nie. Weryfikacja często może wyglądać jak kara. I to czy zasłużona?Ja chcę się rozwijać, a tu mi nagle coś przykrego się przytrafia!

Najpewniej jest to ogromnie frustrujące.

I to niezrozumienie! Coś do mnie przychodzi, a ja nie wiem, co to jest, o co temu cosiowi chodzi?

Z punktu widzenia obecnych teorii pedagogicznych, aby kogoś czegoś nauczyć, to najlepiej opowiedzieć o zjawisku, a potem zachęcać do zastosowania reguł i pokazywać że takie zastosowanie daje konkretne pozytywne efekty. I nie karać! A zachęcać i dawać nagrody. Takie postępowanie wydaje się też przynosić najwięcej pozytywnych efektów.

No dobrze, to jeśli tak już wiemy, to dlaczego Bóg tego nie wie!?
Dlaczego tego nie stosuje, przecież taki sposób postępowania wobec kogoś uczącego się bardzo dobrze działa?

Dlaczego nas nie wspiera i nie uczy, a tylko pozostawia na pastwę niezrozumiałych wydarzeń, w których musimy się odnaleźć?

Jesteśmy konfrontowani z kłopotami, problemami i niepowodzeniami. Ludzie czują po nich bardzo często dyskomfort, niechęć do działania, po dłuższym czasie zaś zniechęcają się. A nie ma nikogo „od Boga”, kto by przychodził i mówił: „wiesz, tak nie wychodzi, ale spróbuj tak, bo tak działa”. Nie, nie ma takiego posłańca – nauczyciela.

Owszem, religie różnej maści próbują „uczyć lud”, podstawiając różne, bardzo różne nauki. Często nieprzemyślane do końca, a tylko „zadekretowane”, że „tak być powinno”.

Albo nauki bardzo sztywne, które same z siebie „tworzą świat” drugiego poziomu, czyli poziomu już nie realnego, a wymyślonego. Jakieś „przykazania kościelne”, które do prostej realności mają się nijak, a trzeba je przestrzegać, aby nie wypaść z religijnego obiegu.

Możecie się zżymać: „dlaczego, jeśli Wszechświat jest taki mądry, to używa tak z gruba ciosanych narzędzi do nauczania nas takich różnych, często skomplikowanych rzeczy”.

Prosze mnie nie obwiniać, że tak karczemny i nieporadny sposób Wszechświat się z nami obchodzi. Bo raczej nie byłem przy tym, gdy decydowano w jaki sposób weryfikacja i wyrównania będą zachodzić. 🙂

A to, co widzę, to opisuję, tyle mojego w tym jest.

Wychodzi na to, że im metoda jest szersza, tym powiedzmy „bardziej gruba”, „z gruba cięta”. No a weryfikacja ważności w całym Wszechświecie wydaje się być baaardzo szerokim tematem. Więc i pewnie jest mało cyzelowana.

Poza tym metody te wchodziły do życia, gdy nie było takiej mądrości. Musiały działać „od zaraz”, być niezawodne.

Nie miały się jako opierać na doświadczeniu, bo go doświadczenia brakowało przy stwarzaniu świata. Poza tym mówimy nie o jakimś lokalnym bogu, ale o kreacji wszystkiego co jest.
Ten projekt inkarnacji Boga był istotnie wielki.

Może ktoś się dziwić, ale Bóg wchodząc w inkarnację zarówno zdecydował się na „zapomnienie”, na „nieświadomość”, jak też – i tu chyba zdziwienie, na „niski poziom mądrości”. Czyli na dalece posuniętą prymitywność.

To oczywiście jest jakby sprzeczne z popularnymi przekonaniami o Bogu, że jest taki mądry i świadomy w swojej kreacji.

Piękne acz nieprawdziwe opowieści

Historie o „mądrym ojcu, który sprawuje pieczę nad swoim stworzeniem”, to piękne opowieści, ale może dotyczą raczej ojca klanu, ewentualnie lokalnego bóstwa.
Natomiast patrząc na Wszechświat, to realia wskazują na coś zupełnie innego.

Pytania, czy zawierzymy ładnym opowieściom, czy też temu, co widzimy w realu.

Ja, już od lat, stwierdziłem, że fantazyjne opowiadania jaki to Bóg „powinen” być mądry, wytworzone w czyichś umysłach mi nie służą i że nie będę podążać za nimi. Według tych opowieści takie, pełne cierpienia przeżycia, z którymi się spotykamy nie powinny się nam zdarzać!

Zaraz pojawiają się pytania:

Bo przecież jeśli Bóg jest taki mądry, wszechwiedzący i współczujący, to jakżeby mógł się zgodzić na tyle cierpienia!
Na wojny!, na chore śmiertelnie małe dzieci!?

Jakże mógłby dopuścić do tego „dobry Bóg”? Bóg, który nazywany jest miłością?

I teraz wyobrażenia o podobnym do człowieka „kochającym, współczującym Bogu”, jak mogą się wpasować w realność? Nie są w stanie, bo zbytnio odbiegają od naszej realności, od naszych doświadczeń.

Rozumiem, że dla takich opowieści jest potrzeba, więc występują. Tak jak powstaje towar, na który jest popyt.

Ludzie lubią postrzegać Boga na sposób ludzki.
Ludzie pragnący uczucia, pozbawieni rodzicielskiej troski i wsparcia próbują „wyciągnąć” takie wsparcie od Boga.
A tu… cisza. Bóg to wszystko akceptuje, nie ingeruje, ale sam nie będzie zamiennikiem rodzica zarówno drzewu, psiakowi jak i człowiekowi.

Takie nierealne oczekiwania wobec Boga są bardzo popularne i bardzo miłe uczuciowo. Jednakże stosują projekcję – próbuje się widzieć Boga takim, jaki jest człowiek. A dziwnym trafem Bóg nie bardzo pasuje do tego schematu. Ojciec i matka powinni się opiekować dzieckiem, a Bóg? Czy to robi? Jedynie na bardzo wysokich poziomach to zachodzi. Już nawet Wyższe Jaźnie [anioły, opiekunowie duchowi, itp.] bardziej się opiekują Duszą.
Im niżej, im więcej ziemskości, tym mniej tej opieki jest od Boga.

I czyja to wina? Boga? Czy też „duchownych”, którym brak pokory wobec życia, realności? A może „duchownych”, którym bardzo pasuje tak a nie inaczej przedstawiać obraz świata – przez co wierni mają pomieszanie i dysonans poznawczy?

Te oczekiwania i opowieści o ludzko-podobnym Bogu dobrze zasłaniają realność naszego życia i przyczyniają się do niewidzenia tego, co własnie zachodzi, co się akurat dzieje.
I sprzeciwiają się adekwatnemu reagowaniu.

Wiele, wiele osób potrafi pozasłaniać sobie swoimi przekonaniami obraz życia, obraz wcielenia. I potem chodzą tacy pokręceni – bo nieprzystosowani do realności. Np. nie wiedzą nic o wcieleniach, bo to przeczy takiej uproszczonej a pocukrowanej doktrynie.

A więc: Wszechświat nas akceptuje zupełnie neutralnie. A czy będzie nas kochać – to zależy od nas.
[napisałem kiedyś tekst o akceptacji i miłości, że na akceptację możemy liczyć a miłość potrzeba sobie „wyciągnąć” od Boga]
Jest to taka twarda miłość. Wszechświat bardziej nas akceptuje, niż kocha.

Więcej jest we Wszechświecie braku dbania niż dbania. Obowiązują zasady, ale już dbanie to bardzo wysokie wysublimowane wibracje.

Życie człowieka w jego inkarnacji nie jest cenne dla Wszechświata. Jest neutralne. Ludzi jest bardzo dużo, w ogóle istot jest bardzo dużo. I można zobaczyć, jak konkretne życie nie przydaje się na wiele.

Ale czy życie jest marnowane przez Wszechświat? Niekoniecznie. Z szerszej perspektywy widać jest, że mamy do czynienia z ogromnym procesem rozwoju.

Nawet degradacja istot jest używana do zwiększenia potencjału Dusz, do zgromadzenia przez nie większej ilości doświadczeń. Duszom nie zależy na kolejnych osobowościach. Mają ich dużo. I można popatrzeć jak kolejne wcielone osobowości nie osiągają jakichś wyżyn, ba, ulegają degradacji, dodając się do galopu Dusz ku większej ilości doświadczeń.

Jeśli w tym życiu Dusza nie będzie miała odpowiednio świadomej inkarnacji, to życie to przyniesie Duszy kolejne doświadczenia. Da zwiększenie potencjału, który będzie dostępny w następnym wcieleniu.

Zależy mi

Oprócz takiego neutralnego nastawienia Wszechświata oczywiście mamy też obszary, w których jesteśmy „zaopiekowani”, np. że mamy dobra dostępne wszystkim jak powietrze, słońce [ choć niektórzy na północy mają go za mało, na południu – za dużo]. Tak więc także warto się przyjrzeć, że jednak „COŚ” mamy, coś dostaliśmy. Więc aż tak źle nie jest. Warto też widzieć tą dobrą stronę życia.

A więc, jeśli komuś [oprócz rodziców i partnera] ma na tobie zależeć, na twoim życiu, to najpewniej dobrze, żebyś to był sam/ była sama.

W rozwoju duchowym jest to bardzo ważne. Jeśli zależy ci na sobie, to masz szansę na wzrost. A jeśli ktoś uważa z uporem, że coś mu się należy, i że przyjdzie ktoś i mu to da, to może się rozczarować.

Jeśli jest to oparte na otwartości i ugruntowanych dobrych wibracjach [a brak przy tym pychy i uporu], to z kolei można przeżyć pozytywne zaskoczenie.

Weryfikacja, która przychodzi z Wszechświata bierze pod lupę w dużej części to, czy nam rzeczywiście zależy na sobie. Na sobie, na rozwoju.

Jeśli ktoś ma kłopoty, jeśli czuje się nie wspierana/ny a uznaje, że jest mu z tym źle, to łączy wysiłek i Duszy i świadomości w jednym celu. Jednak jest to cel udowadniania sobie, że jest niedobrze..

Jeśli narzeka [ale tak z głębi siebie i ze świadomym przekonaniem], to wchodzi w te obszary, gdzie są podstawy do narzekania.

Jeśli czuje niezadowolenie, a nie robi z tym nic, to na dłuższą metę Wszechświat potwierdzi to. I ludzie i inne istoty nie będą chciały kogoś takiego wspierać. Z jakiego powodu? Z powodu wibracji, w które wchodzi, które gromadzi.

Jeśli zależy ci na sobie, to i z czasem zobaczysz, że i inni się ku temu skłonią. To jest efekt prawa przyciągania. Jakimi energiami się otoczysz, takie jeszcze bardziej będą do ciebie przychodzić. Otaczanie się pozytywnymi wibracjami może w długim horyzoncie sprawiać cuda. Jeśli chcemy mieć dobrą sytuację w życiu i nieegoistycznie trwamy przy tym, tak się stanie i będzie to postępować.

Głupota przyciąga głupotę, brak umiejętności, upór, zawężęnie możliwości, odstrasza ludzi, zwłaszcza rozumnych.

Mądrość przyciąga mądrość, większe możliwości, swobodę wyboru, przyciąga ludzi refleksyjnych, umiejętnych.

Nawet w kłopotach można sobie pomóc

Siły weryfikujące rozwój czasami są silne. Nie ma co się oszukiwać, raczej warto zobaczyć to jak jest. Zależy to od ilości złej karmy – dla osób, które mają sporą złą karmę, przychodzą większe wyzwania. Nic dziwnego, że oni mają ciężej.

Osoby z negatywną karmą mają gorzej, gdy chcą się rozwijać. A łatwiej, gdy chcą iść w kierunku upadku, gdy nadal mają intencje oszukiwania, kłamstwa, niegodziwości. Dla konkretnego człowieka może to być niezrozumiałe i może być przyczyną dużej frustracji: „jak to jest, że ja mam tak pod górkę w życiu??!”

A tu po prostu Dusza nadal ma w sobie te negatywne wzorce postępowania, co je miała niegdyś, w poprzednich wcieleniach i nadal uważa, że są one wartościowe. Bo przecież działają i dostarczają dalszych wrażeń, dalszych doświadczeń. Dusza, która nie jest refleksyjna z natury nie będzie tego oceniać, po prostu będzie to chciała kontynuować. I taki ktoś – chcąc nie chcąc ma za zadanie pracę „przeciwko” tym siłom. Może się spotykać częściej z weryfikującymi wahadłami tylko dlatego, że jego Dusza coś tam nagrzebała w którymś poprzednim wcieleniu.. Czy to jest sprawiedliwe? W rozumieniu jednego wcielenia, na pewno nie. Natomiast jest to spuścizna, z którą takiemu komuś przychodzi żyć.

Całe szczęście, iż życie nie zależy często tak bardzo od karmy. To status społeczny, osiągnięcia w życiu, w związkach od tego zależą. Natomiast samo podstawowe poczucie żywotności nie zależy tak bardzo od karmy. Jeśli więc taki ktoś nie będzie lgnąć do osiągnięć, to jest w stanie przyjemnie żyć. Oczywiście może pracować nad oczyszczniem karmy swojej Duszy. Natomiast brak lgnięcia do osiągnięć, do konieczności „wykazania się” da mu poczucie swobody w życiu. Nawet, pomimo cięższej karmy.

Ale nie tylko karma przyciąga większą weryfikację. Niepozytywna wizja np. przejęta od otoczenia i niepozytywne programy mocno potrafią się odbić czkawką, jeśli chcemy się oczyszczać, rozwijać. Widziałem nie raz, jak ludzie przystawali na to, co otoczenie mówiło, co uważało za „takie jakie jest”, jako „coś w porządku”. A z punktu energetycznego taka postawa akurat nie była neutralna, powodowała zaniżenia wibracji. Warto więc wiedzieć, czuć na sobie, które nasze postawy co nam robią.
To jest w sumie proste, tylko potrzeba posłużyć się swoim odczuciem, „odspawać się” od tłumu.

Inny kłopot: Można się wzburzyć, widząc jak niektórzy źli ludzie świetnie prosperują.

Jeśli ktoś nie chce się rozwijać, to potrafi z negatywnymi wizjami realności żyć wiele lat, i co więcej – dobrze prosperować: a to oszukiwać, źle życzyć, używać klątw, presji, manipulować. I mimo to – „dobrze sobie żyć”, mieć rodzinę, dom, dobre auto. Można się zżymać, gdzie jest sprawiedliwość! Jak w takiego człowieka piorun nie trafi, jak sąd mu nie wymierzy sprawiedliwości?!

Co więcej, jeśli ktoś tkwi w układzie współpracy z ciemną lub białą stroną [opis ich -link], gdy ma od nich duchowych, acz złoczynnych współpracowników [krokodyla-symbionta lub wejście], to może przez lata unikać takiej weryfikacji wahadłem. Opiekun może spowodować, że wibracje ciała będą podniesione, że taki człowiek będzie miał lepsze zdrowie, a co ważniejsze – napęd do życia. I nawet przy sporych kłopotach taka osoba będzie wychodzić niemal bez szwanku. Ale do czasu.

Znam co najmniej dwie starsze panie, ponad 70 letnie, które miały w swoim aktywnym życiu wzięte ku pomocy krokodyle. No i tymi krokodylami zawojowały swój świat – dobrze prosperowały, wręcz otoczenie niemal się ich bało. Ku jesieni życia zaczęły się kłopoty – współpracownicy z ciemnej strony się sami usunęli, ponieważ już nie dostawali tej ilości energii, na który liczyli. Zostały same te osoby, bez wsparcia. I co się okazało? Że są schorowane, że ich ciała sprawiają kłopoty, że nagle pamięć się mocno pogarsza [zwłaszcza ta krótkoterminowa]. I tak dobrze, że te panie mają jakąś rodzinę, która się nimi opiekuje, bo same miałyby kiepskie szanse na komfortowe życie.

Podobnie i mężczyźni, którzy mieli [i często nadal mają krokodyla], pod koniec życia mogą zrobić sobie sporą listę chorób. I to sporych. Krokodyl może jeszcze jest, jeszcze wspiera, ale ciało już jest mocno nadużyte i w wielu miejscach sporo „popsute”, co wymaga interwencji, także chirurga – a to w serce, a to w układ kostny itp. A mimo tego jak chojrak był, tak, i jest. U mężczyzn koniec życia związany z urwaniem współpracy z niepozytywnym współpracownikiem wydaje się, że przychodzi szybciej i bardziej gwałtownie. Kobiety potrafią latami żyć z chorobami nie mając już wsparcia.

Tak więc, przez lata można unikać weryfikujących wahadeł, ale jak przychodzi co do czego, to pod koniec życia wiele spraw „się sypie” dosyć szybko, żeby nie powiedzieć na raz w niektórych cięższych wypadkach.

Tu naprawdę potrzeba dużego wglądu duchowego, żeby zobaczyć:

a) że to nie jest jego jedyne wcielenie, a tylko wcielenie, w którym sobie gromadzi niekorzystną karmę

b) że procesy Duszy obejmują okresy wielu lat, i to, co widzimy w latach dwudziestu to tylko niedługi epizod. A tu możemy spodziewać się nagłego wyrównania, nagłego oddania komuś za złe uczynki.

c) że za tak „dobrze prosperującym kimś” stoi nie tylko on sam, ale i opiekun ze strony ciemnej albo białej. I nie należy tu obwiniać aż tak człowieka, co widzieć w jego zachowaniu konkretne posunięcie sił złoczynnych.

[Piszę celowo „sił złoczynnych” i używam emocjonalnie zabarwionych słów, aby uruchomić wasze emocje. Jeśli zawładną tobą emocje, np. wkurzenie na te nieprzychylne siły, bądź istoty niewystarczająco opiekuńcze, to masz podany na tacy proces oczyszczający, który się właśnie rozpoczął – od tych emocji. Np. wściekłości na kogoś/coś. I teraz trzeba wziąć tą emocję i popracować z nią, są dziesiątki sposobów. Najważniejsze jednak, aby uświadomić sobie taką emocję i nie poddać się w jej władanie. Z czasem, gdy popracujemy nad tym, co się pojawia, wyjdziemy z drugiej strony tej komnaty. Ale już będziemy inni, bo przeszliśmy proces transformacji.]

W sumie takie szerokie, wcieleniowe patrzenie daje zrozumienie, że to, wobec czego można się oburzać w kategoriach ludzkich, to w kategoriach Duszy, wielowcieleniowych jest inaczej rozumiane. Dopiero wtedy można zrozumieć długotrwałe krzywdzenie kogoś, niewyrównane [za życia] krzywdy, oraz niemowlęta, które rodzą się z dużą karmą [np. z nieuleczalnymi chorobami]. I dopiero wtedy układanka zaczyna się układać i widać, że równowaga w długim okresie jest zachowywana. Co prawda jest mocne zamieszanie, ale równowaga istnieje.

Zasada wydaje się więc taka:

Jeśli dokonaliśmy postępu duchowego, a nie jesteśmy wystarczająco pozytywnie nastawieni, wystarczająco otwarci na WJ, to siły ciemności mają możliwość się wśllizgnąć i zagnieżdżać ze swoimi wibracjami. I dokonywać weryfikacji. A to przynosi konkretny ból.

Można powiedzieć, że weryfikacja jest to zaczepienie człowieka przez siły wyrównujące.

A wiecie sami – im więcej wcieleń, tym więcej tych kłopotów można sobie nazbierać z poprzednich żyć. A zdawać sprawę z tych wcześniejszych wcieleń trzeba w obecnym życiu. Czyli osoby o starych Duszach mają generalnie trudniej, bo więcej mają „ogonów”, które się za nimi ciągną. To równa się potrzebnej większej pracy nad sobą.

Tak jak opisałem w poprzednim tekście, tam było o Hiobie. Jeśli dobrze pamiętam, przyczyną tego, że diabeł poprosił Boga o możliwość zweryfikowania Hioba był poziom funkcjonowania. Hiob funkcjonował fantastycznie, super mu się udawało.

„Miał siedmiu synów i trzy córki. Majętność jego stanowiło siedem tysięcy owiec, trzy tysiące wielbłądów, pięćset jarzm wołów, pięćset oślic oraz wielka liczba służby. Był najwybitniejszym człowiekiem spośród wszystkich ludzi Wschodu.” – to konkretny cytat z Biblii.

Będąc tak opisywanym, chyba rozumiesz sam/a, że siły wyrównujące mocno się zasadzały na niego.
Dlaczego wahadła go zaczepiły? Najpewniej miał coś, co uruchomiło ten proces. Przy tak wielu majętnościach i połączeniach materialnych nic dziwnego, że „coś się znalazło”.

To może wskazywać na sposób, w jaki mistrzowie buddyjscy obchodzą sprawy weryfikacji – próbują „nie mieć nic przy Duszy”. I dzięki temu nie mieć problemów. Na ile im się to udaje, na ile jest to rzeczywiście dobry sposób, a nie posprzątanie karmicznych śmieci pod dywan – to nie mnie oceniać. Można natomiast sobie wyobrazić, że ten, czy ów mistrz buddyjski miałby niezłe kłopoty, jakby posiadał osobiście większe majętności.
A jak posiada mniejsze, to z tym kramem sobie łatwiej radzi.

I nie mówię to po to aby postawić ich w złym świetle, tylko wskazać na brak intencji do oczyszczania karmy. Buddyści bowiem, jak mi wiadomo bardziej zapatrzeni są w ostateczne osiągnięcie, czyli Oświecenie, niż w oczyszczanie karmy. Bardziej im zależy na „wyrwaniu się z koła reinkarnacji, samsary”, niż na oczyszczeniu. I dlatego nie mają aż tak rozwiniętych nauk o obciążeniach duchowych.

Fakt, jak już ktoś osiągnie nirwanę, to mu karma może zniknąć. ALE kto z nich rzeczywiście tego dostępuje? Czy nie większość ma jednak kolejne wcielenie?

Sposoby weryfikacji

„Wślizgnięcie się” sił ciemności w nasze życie, wejście weryfikującego wahadła może nastąpić na wiele sposobów, które na pierwszy rzut oka ze sobą mają bardzo mało wspólnego. Jednak jak się przyjrzeć strukturze poziomów subtelnych, to właściwie taka weryfikacja może odbyć się na każdym poziomie i może być skuteczna. A siłom weryfikującym właściwie jest wszystko jedno na którym pozioimie będą działać. I o co się tu zahaczyć. Byle było skutecznie, taka wydaje się być zasada.

– na poziomie fizycznym może być to wirus wchodzący do organizmu i siejący spustoszenie [bo przemarzliśmy i przydarzyło się przeziębienie], albo nagły wypadek komunikacyjny [w który Dusza weszła zupełnie dobrze wiedząc, co będzie],

– na poziomie astralnym może być to sąsiadka siejąca negatywne emocje [bo zadarlismy „niechcący” z nią i nie bardzo wiemy, co dalej robić z tym fantem]

– na poziomie buddialnym może być to sprzeczka w telewizji, które to sprzeczki są obecnie namiętnie podawane i równie mnamiętnie słuchane i oglądane [ a ktoś oglądający nie ma wystarczająco pozytywnej wizji rzeczywistości i zaczyna się tego bać co tamci prelegenci].

Za każdym z tych działań stoją siły ciemności, które „wyrównują” naszą niedoskonałość i wskazują nam, że jeszcze coś jest do zrobienia.

Tym bardziej to zjawisko występuje, im bardziej przemy ku rozwojowi, im bardziej jesteśmy duchowo ambitni.

Pani zbudowała lotnisko

Kiedyś na Youtube wskazano mi pewną panią, która opowiadała, jak ona i jej rodzina była poddawana presjom kłopotom ze strony sił negatywnych jakichś globalnych organizacji.

Pani opowiadała o Mind Controll, czyli kontroli umysłu. Jak na nią patrzę, to widzę spore wzorce buntu, nastawienie buntu. Jest to spore „coś” dla sił ciemności, coś, do czego mogą się te siły doczepić. Jakby zielone światło na skrzyżowaniu. No i jak ktoś ma taki bunt, to będzie obrywał od nich.

To jest tak, jakby karczował las, odsłaniał spory kawałek ziemi, betonował ją i ustawiał światła dla schodzących do lądowania istot.
A one – po prostu to wykorzystują. Taki komfort!
Nie ma siły, żeby tak nie było, żeby nie skorzystali.

I niejako będzie takiemu człowiekowi potwierdzaona ta jego postawa:
„masz bunt,
więc zobacz, jak dostajesz wciry,
więc istotnie jest się przed czym buntować”.

Ale nie jest tak, jak mówią, że „ona sobie to wykreowała” ten atak, w rozumieniu, że sama wiedziała na co się wystawia i sama świadomie projektowała jak będzie atakowana.
Wiele złożyczących osób tak mówi ludziom „sam sobie to zrobiłeś” i jeszcze przekonuje tego kogoś do poczucia winy. Bo jak sam sobie zrobiłeś, to i jesteś odpowiedzialny i musisz za to ponieść przykre konsekwencje. Ale – co ciekawe – jak już ma taki ktoś pomóc, to nie ma wiele do zaoferowania. A jak ma, to za spore pieniądze.

Sam atak nie pochodzi od takiej osoby, która się na atak otwiera. Ona nie zrobiła tych samolotów, które na jej lotnisku lądują, nie wyszkoliła ich pilotów i załogi. Nie nauczyła ich i nie wstawiła w ich głowy tych intencji, jakie mają.

Całe te kłopoty, których pani zaczęła doświadczać, były zbyt skomplikowane, aby nie tylko osobowość a i sama Dusza była w stanie je „zrobić”. Ale na pewno to ona je zaprosiła i uruchomiła ku działaniu w tym swoim obszarze.

Wystarczyło, że zbudowała lotnisko – reszta przyszła dzięki temu bez jej aktywności. Dusze ileś rzeczy mogą robić poza świadomością człowieka, czyli osobowości.

Otworzyła się na taką możliwość, a akurat są odpowiednie siły aby ją wypróbować w cierpieniu. Jeśli taka mocna, to zobaczą, czy istotnie jest taka mocna. I wezmą odpowiednią daninę nieharmonijnych energii, które się przy tym utworzą.

Są siły, które czekają na taką okazję, i to się wydarza, przychodzą.
A że są to siły większe od człowieka.. stąd nie dziwi mnie narzekanie i poczucie skrzywdzenia u tej pani.

Oto pani w swojej dumie, [Łazariew by to nazwał pychą ego] pokazuje obszar „tu cierpię, a przecież nie powinnam, cierpię niezasłużenie, niewinnie. Coś mnie najechało, wbrew mojej woli’.
Trzeba dodać: wbrew woli osobowości.

Nie wiem, czy słuchający tego filmu odczytali przekaz lęku, który pani towarzyszy.
Jest to wyrażone w wibracji jej słów odczucie „jest się czego bać”.

No jak „jest”, to i przyjdzie „ktoś”, kto dopowie, że oto masz coś, czego się bać możesz.

Tacy „niewinni a pokrzywdzeni” często mają dużo pretensji do świata. Mają wiele oskarżeń. Próbują walczyć z atakiem, pomniejszać innych „bo inni ranią mnie”.

A sami nie chcą zobaczyć tego lotniska, które jest przez Duszę uruchomione na powitanie!

Wszechświat tych ofiar jednak jakoś nie broni. Ba, uznaje, iż ta weryfikacja, która je spotyka jest jak najbardziej na miejscu! A dlaczego? Z powodu postawy wysokiej ważności, którą ta ofiara prezentuje.

Luz pozornie bez zainteresowania celem

Wahadła weryfikujące celują w osoby, które są ambitne. I tym łatwiej na nie trafiają, im mocniej te osoby wynoszą własną ważność.

Dlatego tak często stawiam siebie na leniwym punkcie zboru [punkcie zbioru wg. Castanedy], gdzie „jest mi wszystko jedno”, bo jest to także mocne obniżenie osobistej ważności [pojęcie z „Transerfingu” Zelanda]. Przestaje mi nagle na czymś zależeć, przestaję się w coś angażować, rezygnuję nagle z jakiejś akcji. Wiem, jakie mam preferencje, ale rezygnuję z bezpośredniego, siłowego osiągania ich.
Ustalam, że czyjeś przekonania i emocjonalne postawy nie są moimi. I przypominam sobie z medytacji swoje wewnętrzne Świadome Ja – obserwatora, który nie ma postaw emocjonalnych. I do niego się dostrajam.

Daje to natychmiastowe przekierowanie sił równoważących ode mnie.

Piszę na blogu: nie bierz tego, co piszę na poważnie, nie kotwicz swojego umysłu w tym, traktuj to jako jakieś przybliżenie! w pierwszym razie nieprawdziwe.

Im bowiem mam mniej lgnięcia do tego, co posiadam, czym/kim jestem, co dokonałem, tym mniej mnie siły weryfikujące widzą. Tak, konkretnie, widzą. Bo jeśli mam postawę wynoszenia się „co to nie ja” [jakkolwiek], to jestem widoczny w obszarach ciał subtelnych jako „nierówność” na mapie świata. Ale jeśli odwołuję się do Ducha i tam szukam schronienia, to moje ego się nie uruchamia. Dlatego też Łazariew proponuje tak często odwoływać się do świata Boga, świata duchowego, aby „okrył” jakąś naszą aktywność swoją opieką.

Mogę robić małe rzeczy, ale jeśli do tego przylgnę, to jestem egoistycznie „samodzielny” duchowo, odsłonięty, bez opieki z góry i od razu jestem dla wahadeł widoczny.

Mogę robić duże rzeczy, ale jeśli do nie ma we mnie lgnięcia ani odrzucenia, jeśli nie robi to na mnie wrażenia, to jestem dla wahadeł niewidoczny.

Jest piękne taoistyczne powiedzenie, które opisuje tą sytuację:

Rządź wielkim cesarstwem tak, jakbyś smażył na patelni małe rybki

Mędrcy taoistyczni wskazują, jaką należy przybrać postawę wewnętrzną, aby „być w porządku”. W języku naszego tekstu brzmiałoby to: „aby weryfikujące wahadła przelatywały około ciebie bez draśnięcia cię ani o krztynę”

W języku Awiessałoma Podwodnego, twórcy pojęcia krokodyli w ciałach subtelnych, byłoby to równoważne postawie, w której wyższe obszary, ciała subtelne roztaczają opiekę nad obszarami niższymi. Tu także jest miejsce na opiekę Wyższych Jaźni nad niższymi, w tym i nad ludźmi. Sam Jezus mówił, aby się nie martwić dniem jutrzejszym i wskazywał lilie, aby być im podobnym w zawierzeniu Boskim planom na dzień jutrzejszy.

Tu jest obszar, gdzie możemy liczyć na opiekę z Góry. Nie w obszarach materialnych, a w obszarach duchowych. To nie ego ma nam kształtować przyszłość, tylko Wyższe Jaźnie i Bóg.

A jak widać, są to obszary, gdzie ta opieka jest bardzo potrzebna do życia.

.

Ja osobiście oczywiście uczę się rzeczywiście nie przylgnąć do tych różnych spraw, w które jestem zaangażowany, a nie tylko robić to wyłącznie taktycznie. Chociaż i na krótką metę ten sposób też działa. I działa nawet wtedy, gdy ktoś nie ma specjalnie mocnej intencji, aby się „pokajać” wobec Wszechświata, a tylko udaje.

Przykład unikania ostrego wahadła

Dam przykład, że zasada unikania wahadła weryfikującego działa dla .. kogokolwiek, bez względu na intencje.

Przykładem tu jest .. nosiciel krokodyla – luzak, który akurat siedzi w klubie i ma ochotę na poderwanie jednej dziewczyny. Tacy krokodylowi „luzacy” mają specyficzny punkt zboru [punkt patrzenia na realność]. Ów bowiem luzak niby jest mało co zainteresowany np. poderwaniem dziewczyny. ALE tak naprawdę, w głębi jest bardzo tym zainteresowany, hormony w nim buzują. I tu wkracza „przyjaciel” symbiont. Mówi nosicielowi – nie bój nic, ja się tym zajmę, a ty się mocno odstresuj.

Tu przydają się wzorce osobowości współpracujące z symbiontem [czyli in. krokodylem]. Mówią one – rób co każe, on ma więcej siły, ty możesz korzystać, ale postępuj jakby ci nic nie zależało. No i nosiciel się do tego stosuje. Dlaczego miałby się sprzeciwiać sile, pod której rządami wszystko tak się świetnie udaje?!

Ta postawa braku lgnięcia, braku „mi zależy” bardzo się przyda.

Nosiciel podchodzi do dziewczyny, zaczyna „bajerować”. Oczywiście mówi niestworzone rzeczy. Dziewczyna najpierw interesuje się jego bezpośredniością, otwartością [o, tak, osoby z krokodylem SĄ bardzo otwarte!, gdy im zależy są bardzo przyjazne.].
Ale potem pani przychodzi nieco do rozumu i widzi, że to jakieś są androny, co ten gość mówi. Wtedy pani się burzy [lekko oburza], a on… nic. On nic na to. Spokój totalny. Żadnej obrony, żadnego sprzeciwu. Wychodzi na to, że to ona jest „coś nie tak”.

On nie jest przywiązany do tego co mówi. Wydaje się tak pewny siebie! A dodatkowo wysokie wibracje krokodyle słodko łechczą. No i jak się na takiego zdenerwować!? Nie można.

Dziewczyna chciałaby się wkurzyć, a tu .. nie ma na kogo, bo gościowi spływa jak po kaczce, co o nim będzie sądzić. TO dopiero jest nieprzywieranie do czyichś poglądów! Od nosicieli tego można się jak najbardziej uczyć [w odróżnieniu od innych postaw].

Ten przykład pokazuje, jak można uniknąć wahadła poprzez nieprzylgnięcie do własnych postaw. Chłopak-nosiciel zupełnie nie lgnie do tego, co powiedział, „wisi mu” to, jak dziewczyna go spostrzega. Jak zareaguje – to jest obojętne. Zgodnie z zapewnieniem symbionta – już jest jego! Jak to mój kolega mówi: już jest numena, że on ją poderwie. Po polsku mówi się „klamka zapadła”. A to krokodyl na bardzo wysokich poziomach subtelnych wykonał poruszenie. I pani musiałaby się wykazać nieprzeciętnym rozsądkiem, aby umieć wyjść z tej sytuacji.

I ona to wie, że właśnie wpada w jego ramiona. I jej gniew, będący tutaj weryfikującym wahadłem bierze zamach i … trafia w próżnię! Chłopak się śmieje z tego, co usłyszał od niej!

Tam gdzie ów gniew leci w jej wypowiedzi, na tej linii, nie ma kogokolwiek. Zwłaszcza tego, co te bzdury przed chwilą powiedział. Wymknął się, uniknął walnięcia wahadłem.

Pani jest zdezorientowana. I – chcąc nie chcąc, a raczej chcąc [bo jest taki nieprzewidywalny..!]- ląduje w objęciach nosiciela gadziego.

A wyobraźmy sobie inny przykład: zupełnie normalnego chłopaka, który krokodyla nie ma, ale za to bardzo mu zależy na dobrym związku, na relacji pełnej wartości, na małżeństwie i na szczęśliwej rodzinie.
Taki chłopak podchodzi, cały w emocjach. Myśli, co by tu powiedzieć. Jest stremowany. A jak już coś mówi, to stara się. Lgnie przez to do swojej wypowiedzi – przecież chce dobrze wypaść, być odpowiedzialny. Myśli, że właśnie taka postawa da mu sukces w tej rozmowie.

A dziewczę? Nie jest pewna, zwodzi, uwodzi, kręci. Pan zaczyna się plątać i nagle.. bum! Co to? To właśnie wahadło oburzenia młodej pani trafiło go w głowę. Bo się oburzyła na to, że niewystarczająco zwinnie się wywijał z jej prób i weryfikacji.

To go łup przez łeb!!

No i ten młody i odpowiedzialny chłopak rejteruje. Dlaczego? Bo był przylgnął do swojej postawy, bo ważne to dla niego było, co mówi.

A pani młoda nie wie, że sobie zrobiła niedźwiedzią przysługę. Umówi się z tym gościem mającym krokodyla, zaręczy i wezmą w niezwykłych warunkach ślub. Będzie z nim przeżywać chwile nadzieji i spore trudności, mieć dwójkę znerwicowanych dzieci, przez 15 lat będzie ciężko, a potem zacznie się z nim sądzić o rozwód i alimenty. Będzie się zastanawiać – z kim tak naprawdę wzięła ślub? Potem będzie się dalej rozglądać za .. równie przystojnym i rezolutnym ale już „mądrzejszym”. I znowu natknie się na oszusta, który nie chce realizować zapewnień, które hojnie rozdaje.

Co by jej zaś dało to, żeby pychę schowała pod pazuchę i pokornie porozmawiała z tym, który miał trudności w sklecaniu zdań z powodu zdenerwowania? Znajomość z tym skutkowałaby również ślubem, dziećmi, ale już nieznerwicowanymi, dużym uczuciem, domem pełnym ciepła i zrozumienia. Żadnego rozwodu by nie było, tylko głęboka przyjaźń przez długie lata.

No i jakie wnioski?

Że wahadło, które ona sama uruchamia jest niezgodne z nalejpszym dobrem tej pani?
Że krokodyl jest wrednym cwaniakiem?
Że świat jest niedobrze zaplanowany?
Że Bóg nie ma dla nas dobrych wiadomości w obszarze opieki nad nami?

No niestety, tak tu jest, że to, co się WYDAJE dobre, czasami prowadzi do dużych kłopotów. Dodajmy, że tak się dziejej przy założeniu, że jest ona tak nieświadoma jak reszta ludzi. Jeśli korzysta z „popularnego oprogramowania”, to istotnie, jest sobie i swojemu potomstwu mocno zaszkodzić. Równa się to życiu bez refleksyjności, bez mądrości.

Inny wniosek idzie od tego, jak się zachowuje pan z symbiontem. On jest totalnie wyluzowany i jego wszelakie weryfikujące wahadła mijają. NIe myśl, jak to wpływa na jego karmę i rozwój. Każde takie „poderwanie” dziewczyny „na luzaka” mocniej i mocniej przekonuje jego Duszę do wejścia we wzorzec współpracy z kr. A to obciąża karmę – kiedyś w przyszłości może będzie chciał się z tego oczyszczać. Ale na razie Dusza chce przeżywać takie doświadczenia uebermenscha [nadczłowieka].

Jednak sama zasada uchylania się od oberwania przez wahadło z pomocą zmniejszenia poczucia ważności – ta zasada mocno skutkuje. Na tyle mocno skutkuje, że można na to „wyrywać laski” mydląc im oczy tak, że nie są w stanie odróżnić chłopaka wartościowego od cwanego, wyrachowanego oszusta.

Ale równie dobrze można poznawać swoje nieprzepracowane obszary i ochraniać się i oczyszczać się z pomocą tego zjawiska obniżenia ważności.

„Ja jestem na celowniku!”

Kiedyś zadzwoniła do mnie pani, która miała pewien kłopot z zewnętrznymi presjami energetycznymi wobec niej. Nie powiem co to było, bo by jeszcze zła na mnie była, że rozpowiadam jej historię. [a ta postawa też – jak zaraz zobaczymy – coś mówi o niej samej]
To nie bajka, tak było. Czuła, jak te presje zahaczały jej ciało. Bardzo się tego bała, była przerażona, że to przeżywa. Tak drżała jej energia z niepokoju, że mnie się to mocno udzielało. Aż się trząsłem z niepokoju – Dusze, zwłaszcza receptywne, łatwo zaczynają przeżywać to, co innych dotyka. Jak mówię: są bardzo współczujące, jest to przejaw dużego, choć mało rozumnego, współczucia.

Jak wyszło w naszej rozmowie, – a co jest bardzo ciekawe – nie chciała się poddać konkretnej fizykalnej weryfikacji, na ile te presje istotnie występują i na jakim poziomie. Zadawałem jej pytania: gdzie to jest, o jakiej porze, jakie były symptomy, czy to mogło być prawdopodobne żeby sobie to tak silne przeżycie tak tłumaczyć jak ona sobie to tłumaczyła? itp.

Nie, ona nie będzie się nad tym zastanawiać. Nie chce sobie zajmować głowy jakimiś refleksjami! Jest bardzo przestraszona [tak to brzmiało] i raczej to mnie będzie epatować, jak bardzo się tego boi. I dzwoni po to, aby mi powiedzieć, jakie straszne rzeczy się dzieją na świecie i jak jest na świecie niebezpiecznie..

No pięknie mówię, pani może nie mieć więc te presje ale nie tam, gdzie przypuszcza. Wyobrażała sobie, że coś jest bardzo poważnego, a ja uważałem, że może się mylić i że może to było coś o wiele mniej poważnego.

A pani nie chce w ogóle poruszać tematu rozpoznania! Dusza akurat ma fazę dużego lęku i wybiera, że postrzega to jako coś bardzo niebezpiecznego, tylko dlatego, aby się bać więcej. Ja rozumiem, lęk. Ba, nawet można mieć poczucie zagrożenie życia! Natomiast zaakceptowanie tego lęku, pochodzącego od Duszy wyklucza możliwość realnej i rzetelnej pomocy. Owszem „do lekarza” czy bioenergoterapeuty można pójść, ale czy istotnie problem zostanie rozwiązany, czy tylko przyklepany?

Dusza postrzega przeżywanie lęku jako świetne doświadczenie i wchodzi w to całą sobą! Chce właśnie się jak najwięcej bać. A pani – jak widać – jest akurat pod władzą Duszy. Ja to określam jako „bycie terroryzowaną przez własną Duszę”. I pani nie ma na tyle ani chęci, ani przekonania, ani ambicji, ani świadomości, ani wolnej woli aby z tego punktu wyjść, aby się przeciwstawić temu. Czemu się przeciwstawić? Zarówno obcej ingerencji, jak i własnej Duszy.

Nie zdecydowała się, aby zacząć trzeźwo postrzegać i prowadzić Duszę. Nie, ona wie, co jest i że to jest totalne zagrożenie i nie ma wyjścia i właśnie zadzwoniła, aby mi to powiedzieć. I nie ma chęci patrzeć na sprawę z innego punktu widzenia.

Jakaś refleksja!? Nie, ona nie po to dzwoni do mnie, aby snuć jakieś refleksje! Od długiego czasu przeżywa duże lęki i cierpienie, i nie w głowie jej jakieś głupie refleksyjności!

No to – mówię sobie w myślach – jak na moje patrzenie, słabą masz szansę, żebyś się z tego lęku, przerażenia, uwolnić. Ale za to Dusza użyje, że ho! – na twoich lękach się będzie pasła.

Podsumowałem sobie to jej przeżycie, i doszedłem do wniosku, że pani właśnie była weryfikowana przez bardzo silne wahadło od długiego czasu.

Argumentem na to, że były to wyrównania, było przekonanie o jej osobistej wysokiej ważności.
A miała naprawdę sporą tą swoją ważność ustawioną, bo, jak mówiła: „ja przecież to .. , ja przecież tamto .. , ja jestem obiektem ataku, ja mogę być w niebezpieczeństwie”, „ja nie mogę o tym nikomu mówić” i tak dalej. Ciągle ja i ja. Takie wypowiedzi ustanawiające jej osobistą wysoką ważność często padały z jej ust. Nie ważne, że są jakieś argumenty na ten atak. Nie, ona MUSI mieć zapewnione bezpieczeństwo! Normalnie jak w publicznej służbie zdrowia! Ona płaci składkę i wymaga – ma dostać bezpieczeństwo.

Niestety, pani nie wiedziała, że egoistyczne lgnięcie do zabezpieczeń życia pięknie uruchamia weryfikację i siły równoważące. Ale nie miała ani krztyny ochoty, aby się tego dowiedzieć.

Dodatkowym argumentem, że nieprzypadkowo się jej to zdarzyło, były kolejne dni.
Jak mówiła, po rozmowie ze mną te symptomy „od implanta” jej znikały. Jakże było miło!
A potem, znowu naszły.

Nic dziwnego – mówię sobie, jak się trochę podniosła wibracyjnie, trochę jej użyczyłem spokojniejszej wibracji, jak wskazałem jej pewne szersze pole odniesienia, to nagle też i Wszechświat nie chciał już jej tak weryfikować.
Ale jak ponownie przyszła do konkluzji i postaw ze swojego umysłu, to wahadło już czekało.

„Zagrożenie”, ale czy istotne?

Czy więc istotnie wahadła, siły weryfikujące, wyrównujące są dla nas zagrożeniem? Piszę słowo „zagrożenie” w cudzysłowie, bo jest to dla mnie wartość powiedzmy względna. Zagrożenie wydaje się względne w odniesieniu do postawy człowieka.

Zagrażać coś może człowiekowi gdy ma odpowiednio nieczyste wibracje i do odpowiednio niskich, bądź nieczystych wibracji przywarł. Wtedy nic dziwnego, że takie ataki mają miejsce, mają gdzie zarzucić kotwicę. Takie miejsce człowiek, a właściwie jego Dusza sama odsłania, więc jakby sam daje okazję, a są siły, które na to tylko czekają.

Zagłuszę ból i będzie świetnie

Próby nachalnego zmieniania sobie samopoczucia za pomocą alkoholu czy papierosów oczywiście przygotowują grunt do tych zagrożeń.
Dlaczego?

Zagłuszanie swojego losu, swoich przeżyć jest rodzajem egoizmu, jest rodzajem niegodzenia się na swoją karmę, na swój los. Jest to objaw braku pokory. Jak ktoś pięknie to ujął z ruchu AA: pokora oznacza godzenie się z tym, co jest.

Pogodzenie się, akceptacja równoznaczna jest czasami z odczuciem dyskomfortu. Nawet czasami bardzo znacznego dyskomfortu. Nie dziwi mnie więc, dlaczego ludzie tego chcą uniknąć. Nie mając głębszej refleksji, w prosty sposób chcą uniknąć dyskomfortu.

A gdy życie napiera, gdy los przynosi cierpienie? Tacy ludzie nie próbują zmienić swojej strategii, tylko nadal stosują taki prosty sposób unikania.

Wśród sposobów usuwania przykrych odczuć prym wiodą używki: papierosy, alkohol, a nawet czarna herbata itp. Człowiek chcący sobie na gwałt zmienić odczucia na lepsze bierze je i następuje „ufff…” – ulga.

Z tego powodu nie wykazuje się odpowiednio dużą dozą pokory, aby się skonfrontować z tym dyskomfortem.
Jest natomiast poczucie na tyle istotności własnej, że „ja przecież muszę się dobrze czuć!”
Ta postawa „przecież ja muszę” jest też dużym argumentem dla wzięcia symbionta. I symbiont udowodni tej osobie i światu, że właśnie, ta osoba przecież „musi”. Ale są i koszty tego wzięcia.

Nie musimy zgadzać się na bezduszne upodlanie nas. Ani też nie musimy popadać w drugą skrajność – mentalność ofiary z pretensjami do całego Wszechświata.

Proszę dobrze mnie zrozumieć. Nie jestem przeciwko uldze w cierpieniu. Ja tylko wskazuję egoistyczny mechanizm ucieczki od konfrontacji z problemem. Wskazuję na intencje – one są kluczowe.

W pracy nad sobą, nad chorobą wiele dać może np. środek przeciwbólowy. Jednak może on poprawnie zadziałać, gdy współgra z obniżeniem egoizmu i z postawą pokory, poddania się temu, co przyszło, a na co wskazuje zadanie rozwojowe. Z tego może wyjść duży pozytyw – rozwój świadomości.

Rozwój świadomości – na ten tor możemy przesunąć nasz „cenny pojazd”, jak nazywają inkarnację człowieka buddyści. Jeśli jednak Buddyści mówią o cennym pojeździe z powodu możliwości oświecenia się, ja dodaję, że cenny jest on także z powodu możliwości rozwoju świadomości i możliwości oczyszczania obciążeń.

Kiedyś pewien od dawna niepijący alkoholik o tym powiedział tak: „a ja mogłem już dawno na cmentarzu leżeć, a świat i tak dalej by się kręcił”. To jest postawa pokory, zauważenia że nasze ego tak naprawdę jest nam samym potrzebne, natomiast świat bez niego się świetnie potrafi obyć.

Według „Rozmów z Bogiem” [N. D. Walsha] Celem Wszechświata, Boga, jest uruchomienie się Świadomych Jaźni, nie zaś upodlenie tak wielu istot.

Osoby nieświadome Bożego celu mogą być nastawione buntowniczo, trwają w sprzeciwie i ubolewają „jak jest źle”. Mogą też się znaleźć osoby, które nie akceptują swojej pozycji i upierają się, że „powinno być inaczej – lepiej!” I przez to nie są w stanie posunąć się na ścieżce rozwoju, lecz raczej wpadają głębiej w przygnębienie. Może zdarzyć się także miks tych postaw u jednej osoby – przecież Dusza jest tak złożona, że w różnych swoich zakamarkach może przechowywać różne postawy.

Ktoś, kto przejrzał zamiary Boże – ten czuć się może świetnie.
Co prawda już nie przystaje aż tak bardzo do świata i jego zamieszania, ale jest to zarówno i cena, jaką płaci, jak i osiągnięcie, które zdobywa.

Inną ceną jest podjęcie zadań rozwojowych, oczyszczania karmy, przyjęcie pozytywnego celu życiowego. Życie z pozytywnymi intencjami – tu nic nie brakuje. Takie życie jest zarówno i celem i nagrodą i ścieżką rozwojową.

Pokora do kwadratu

Sesje oczyszczające, np. regresyjne mogę powiedzieć, że są pokorą do kwadratu. Bo nie tylko akceptujemy, że oto mamy dyskomfort, ale też i dążymy do tego, aby dowiedzieć się, jaką własną decyzją na to wpłynęliśmy, że akurat to czujemy. Jakie postawy Duszy na to wpłynęły.

Czyli w prawidłowej terapii będą pojawiać się momenty trudne i bardzo trudne [ulgę natomiast stanowi stan medytacyjny i połączenie z Wyższymi Jaźniami].

Natomiast po terapii człowiek wychodzi i mówi: o, wiesz, bo ja już wiem, dlaczego mną tak trzepało, dlaczego tak się czułem zagrożony. Bo sam tam kiedyś to i to wybrałem. I to jest jak najbardziej praktyczna metoda zmniejszania osobistej ważności.

Ego już nie powie: o, mnie to dzieje się dopiero krzywda!

Nie, to już Świadome Ja powie: wtedy i wtedy była podjęta taka i taka decyzja. I czasami słychać świst wahadła obok tego człowieka, ale w jego już ono nie walnie.

Wystarczająco pozytywna wizja

Uwolnienie od sił wyrównujących przychodzi więc przez zmniejszenie ważności,
dzięki np.:

– zmniejszeniu poziomu działania ego i jego energii

– przez współczucie innym ludziom i rozważanie w jakim stanie ducha, Duszy są, co im dolega i jak w takim razie się przejawiają, jak to wyrażają itp. Jak rozważam, kto ma jakie obciążenia i z czym się zmaga już nie próbuję z nim/z nią rywalizować, a próbuję akceptować.

– przez pracę z akceptacją dla tych, którzy krzywdzą

– przez pokorę, czyli przyjmowanie swojego losu, odczuć które mają bez chęci nagłego zmieniania ich sztucznie, mechanicznie „na lepsze”, przez przyjmowanie losu innych ludzi bez chęci pomocy, jeśli nie mam do tego środków ani okazji.

Typowym przykładem jest tu opowiadanie o „głodnych dzieciach w Afryce”. Czy miałeś wpływ na płodzenie dzieci przez afrykańczyków? Nie. Czy masz możliwość istotnego poprawienia ich losu, ale nie tylko przez podrzucenie kilku złotych bez wpływu na to, że zostaną one zjedzone przez dotychczasowe zasady płodzenia coraz większej ilości dzieci? Nie.

Ale nachalne weryfikujące siły [w tym przypadku ze strony białego] będą wytykać, że jednak „możesz coś zrobić!” A tego, co w zakresie kilometra od domu się dzieje, gdzie jest realna możliwość pomocy, wsparcia, to tego oczywiście nie pokazują! I tak wywołują poczucie winy i oskarżanie samego/j siebie.

I potem, jak osoba wejdzie w to „białe” myślenie,  chlast!- oto wahadło tnie po tym bąblu jak kosą – kłopotami w relacjach, nagle ludzie dziwnym trafem nie chcą się do tego kogoś odzywać, nagle życie staje się tak trudne. oto wahadło weryfikuje przyjęte białe wzorce.

Zmniejszenie ważności ma odbywać się nie przez osobiste upokorzenie, jakby chciała biała strona, [chociaż i upokorzenie działa ale nie jest bezpośrednio rozwojowe].

i przez co jeszcze można się uwolnić od sił wyrównujących?

– przez pokorę do kwadratu, czyli poddawanie się różnorodnym [a działającym] procedurom terapeutycznym.
[Poddawanie się procedurom terapeutycznym miłym, acz niedziałającym a karmiącym ego może natomiast przeciwnie – zwiększyć postęp sił weryfikacji.

Wydaje się, że jednak są także procedury i miłe i działające zarazem! I takich warto szukać.]

– przez modlitwę za kogoś bez chęci i bez oczekiwania, że „coś mu się zmieni na lepsze”.

Generalnie te wszystkie sposoby oparte są na podstawowej zasadzie, na fundamencie:

świat i Bóg są dobrzy,
wszystko jest tak jak być powinno.

A tylko czas jest potrzebny aby do tego dojść, aby przybrać taką pozytywną wizję realności.

Desiderata przytoczona na początku wydaje się być takim tekstem, który wskazuje drogę prowadzącą dobrymi ścieżkami, na których nie ma brutalnej weryfikacji nieprawdziwych, niepozytywnych postaw.

Reklamy

24 Komentarze (+add yours?)

  1. Marc
    Wrz 09, 2014 @ 11:47:49

    Podoba mi się ten artykuł. Znalazłem tam dużo o sobie. Już od dłuższego czasu zadaję sobie sprawę z udawanej „ważności” własnej tylko miałem kłopoty ze zmianą tego nastawienia. Intuicyjnie czułem, że mi to szkodzi ale nie wiedziałem do końca o co chodzi. Nie wiem jednak czy owa „Weryfikacja” to nie takie troche wygodne pojęcie wtórne. Co mam na myśli: np, zauważyłem, że za tą ważnością czyli de facto pychą stoi niska samoocena, strach itp. Czyli poprostu podświadomość przyciąga to co do tych nastawień pasuje. Zamiast rozważań o dosyć obcym pojęciu „ego” pomogło mi nasze polskie rozróżnienie między pychą a dumą (kiedy można być zdrowo z siebie dumnym, z tego co się zrobiło wartościowego i dobrego).

  2. Marc
    Wrz 09, 2014 @ 11:49:10

    Inaczej można powiedzieć, że pycha jest pusta czyli może łatwo pęknąć, zejdzie powietrze i lipa. A jak jest zdrowa samoocena nawet duma to nie ma lipy 🙂

  3. Elżbieta Laur
    Wrz 10, 2014 @ 11:46:08

    „Informacje zawarte na tych stronach mają charakter względny i w pierwszym przybliżeniu należy je potraktować jako nieprawdziwe.”
    Tak też traktuję każdy tekst przeczytany.
    Dotyczy to również komentarzy.
    Dlatego uważam, że wszystko jest na swój sposób cenne, jeśli traktuje się to jako wskazówki , drogowskazy , a nie jako wiarę absolutną.
    Nawet różnice zdań mogą być niesamowitą inspiracją do przyjrzenia się temu co porusza się w nas i dlaczego.
    Zarówno w tekstach Andrzeja jak i w komentarzach , znajduję wiele punktów do rozważenia i rzeczy o których wcześniej nie miałam pojęcia.
    Może jednak nie usuwać komentarzy ?

  4. conchittta
    Wrz 10, 2014 @ 15:03:10

    Życie weryfikuje nieustająco… Jest to na zasadzie karmy, nieraz natychmiastowej, innym razem rozłożonej w czasie. Gdy się nie ma dystansu do swoich postaw czy możliwości odwrócenia się i spojrzenia na siebie z innej perspektywy to trudniej to dostrzec. Wtedy wizja nasza wydaje się słuszna i wydaje się, że inni też w ten sposób żyją, co jest kompletną bzdurą, bo ludzie żyją według bardzo różnych postaw i mają zupełnie różne środowiska w sobie. Oczywiście podstawa jest wspólna, ale tylko podstawa, na której budowane są różne światy. I właśnie te światy się ścierają, poglądy, postawy są weryfikowane w kontakcie z innymi biegunami. Jeśli ktoś się uprze przy swoim (białe wzorce) to będzie nieustannie napotykał na weryfikujące starcia. Białe nie daje innym żyć, więc będzie tamowane i osłabiane. Czarnym jest łatwiej, bo sensem czarnego jest właśnie korzystanie z wahadeł dla własnej korzyści, więc zamiast się nastawiać na cięcie wywinduje się na nim i zniknie w odpowiednim momencie by uniknąć przykrych konsekwencji.

    Swoją drogą czasami dusza rozwijająca się świadomie sama szuka takiej bolesnej weryfikacji, gdy jest jej dobrze, bo chce sprawdzić, czy rozwój, jaki wydaje się, że osiągnęła zapewnia wolność od cierpienia, czy jeszcze nie, czy są strefy niezrównoważone, niezintegrowane. Nie zawsze wszystko widać, nasiona karmiczne ujawniają się gdy pojawiają się sprzyjające okoliczności, wtedy dopiero następuje realizacja karmy i dusza może odkryć bolesne obszary, których istnienia nie dostrzegała. Tak czy inaczej proces ten jest na plus – nieświadome staje się świadome i można z tym pracować. W miarę pracy pojawia się postęp na ścieżce, więcej jest harmonii, zrozumienia procesów wewnętrznych.

    Ciekawe wydaje mi się rozważenie „poczucie własnej ważności” a „poczucie własnej wartości”.

  5. SwiatDucha
    Wrz 11, 2014 @ 09:04:48

    sensey
    >Ustalmy wiec czy chodzi Ci o bronienie swojego swiatopogladu czy dopuszczasz mozliwosc dyskusji i odmiennosci zdan.

    Dobrze, ustalmy.
    Piszę te teksty, aby przekazać to, co mam do przekazania. Kto się nie zgadza, może sobie iść na fora, albo stworzyć własne miejsce i opisywać z czym się nie zgadza. Każdy może mieć własne zdanie, a sieć jest na tyle pojemna, żeby to przyjąć. I na tyle, żebym miał miejsce, gdzie nie przeszkadza mi się. Wchodzisz do kogoś do domu i od progu mówisz: „o, ten stół powinien stać tam przy oknie, a poza tym, zmień kolor ścian na zielony, bo mi się podoba, a ten co jest jest zbyt jasny”? Mówisz tak?

    Proszę te teksty przyjmować jako nieprawdziwe nie dlatego, że są nieprawdziwe, ale dlatego, żeby nie dyskutować. Komentarz to komentarz, a nie dyskusja. Dyskusja to spór. A ja sporów nie chcę. Dlatego dziękuję za dyskusje, spory – kasuję je.

    Elżbieta,
    ja rozumiem, że wielość jest. Ale dlaczego na tym ma tracić jakość mojej strony? Dlaczego mają być zaniżane wibracje na niej?
    Jak brakuje komuś odmiennych zdań, to sobie zróbcie na jakimś forum jakieś miejsce i dawaj się przekonywać, dyskutować. Przecież masz taką możliwość.

  6. SwiatDucha
    Wrz 11, 2014 @ 09:14:11

    Conchita,
    > rozważenie „poczucie własnej ważności” a „poczucie własnej wartości”.

    o tak, to chyba jest jedno z najważniejszych spraw przy oddzielaniu się świadomości od osobowości człowieka!

    >sensem czarnego jest właśnie korzystanie z wahadeł dla własnej korzyści, więc zamiast się nastawiać na cięcie wywinduje się na nim i zniknie w odpowiednim momencie by uniknąć przykrych konsekwencji.

    Zeland nazywa tych ludzi „ulubieńcami wahadeł”. Wydaje się, że można być po białej stronie i też być takim ulubieńcem. Tylko wahadło musi mieć typ biały. A ich chyba jest mniej.

  7. Elżbieta Laur
    Wrz 11, 2014 @ 11:34:43

    „Proszę te teksty przyjmować jako nieprawdziwe nie dlatego, że są nieprawdziwe, ale dlatego, żeby nie dyskutować.”
    Andrzeju, w ten sposób unikasz weryfikacji….a szkoda.
    Twoja strona to Ty, czy coś ujmie Twojej jakości ?

  8. Marc
    Wrz 12, 2014 @ 08:09:54

    Sensey

    Osobiście bym się lepiej czuł, gdyby komentarzy w takim tonie jak Twoje tu nie było.

  9. SwiatDucha
    Wrz 13, 2014 @ 07:43:29

    Elżbieta

    Nie interesuje mnie weryfikacja taka, jaką proponują rozsierdzeni ludzie. „Weryfikacja” taka pochodzi nie z pozycji życzliwości, a z pozycji uruchomionego ciała bolesnego takiej osoby. Nierzadko poparte jest to siłami pozaludzkimi, a to od kr. a to, od wejścia.

    I ja w takim tonie mam rozmawiać? Np. podstawiać się pod atak kr? [nazywa się to w ich języku „dyskutowaniem” a w moim dawaniem komuś w twarz, w splot słoneczny itp].
    Mam udowadniać coś?
    Nie, nie będę się przeciwstawiał ciałom bolesnym.

    Są one bowiem zgromadzeniem bolesnej energii. Co komu pomoże, że się tej energii sprzeciwimy? Jak ktoś ma ranę na ręce, to co trzeba zrobić? Brać szczotkę i jeździć po ranie, czy też ją opatrzeć? A może iść do lekarza?

    Wzburzanie ciała bolesnego będzie skutkować zwykle udowodnieniem sobie przez Duszę takiego kogoś istotności swojej bolesności, że ona jest prawdziwa.
    Najpewniej dodatkowo się odbędzie w obszarze nieświadomym.
    Taki ktoś czuje coś takiego: „boli mnie, więc mówię o co chodzi w tym problemie , a ten/ta mnie nie rozumie, przez co mnie bardziej boli!”
    [taki ktoś nie powie o swoim zranieniu, o kłopocie, bo jest go nieświadomy. Będzie perorował/a o tym, jak to na takim a takim blogu go niezrozumieli, odrzucili itp. I tak Dusza sobie potwierdza swoją postawę zranienia]

    A więc ta osoba nie zauważy tego cierpienia i wsparcia ciała bolesnego i z tego nie skorzysta [bo jest mu pokazywane jego własne zranienie Duszy, więc można z tego skorzystać, oczyszczając tą bolesność.]

    Według mnie i psychoterapeutów to, co warto robić z ciałem bolesnym, zwłaszcza z uruchomionym to je oczyszczać [idąc do terapii], nie zaś rzucać oskarżeniami wokoło i próbować przez to dostać ukojenie.

    Czyż to nie jest lepsze, Elżbieto?

  10. Elżbieta Laur
    Wrz 13, 2014 @ 09:53:05

    Wiesz Andrzeju, ja czuję teraz raczej Twoje ciało bolesne….
    Rozumiem to , że ton wypowiedzi jest bardzo ważny, bo właśnie powoduje różnorodne poruszenia….Nauczyłam się konfrontować z tym, raz za razem, aż pojawi się cisza, mimo „burzy” na zewnątrz.
    Nie chcę zakłócać energii Twojej strony, bo to Ty ustalasz zasady. Dlatego przepraszam za moje trzy grosze.
    Dziękuję za możliwości doświadczania tego.

  11. ananda777
    Wrz 13, 2014 @ 10:39:11

    Niezaleznie od motywow, chamskie wpisy nalezy usowac bo obrazają nie tylko tworce strony, ale takze osoby,ktore sie inspiruja tworczoscią Andrzeja.

  12. Elżbieta Laur
    Wrz 13, 2014 @ 12:53:56

    Słowo do sensey :
    Pomijając to czy masz rację czy nie (bo tak naprawdę tu nie o to chodzi) , rozumiem, że potrzebujesz solidnej dyskusji, potrzebujesz wysłuchania Twoich argumentów i przedstawienia swoich. Każdy z nas potrzebuje jednak czegoś innego. Szanuję Twoje zdanie , Andrzeja i każdego kto tu pisze, co nie oznacza, że ze wszystkim się zgadzam. Przyglądanie się temu co się dzieje daje pewien wgląd.
    Ty także możesz przyjrzeć się jeszcze raz temu co napisałeś i zobaczyć teraz z pewnej perspektywy prawdziwego siebie ukrytego pod tymi wszystkimi słowami. Możesz również zobaczyć jak działa dane zachowanie na przebieg wydarzeń.
    Jesteś dla mnie równie interesujący jak każdy inny człowiek, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

  13. Elżbieta Laur
    Wrz 15, 2014 @ 08:21:11

    Andrzeju, chciałam teraz odpowiedzieć Ci na to co napisałeś wczoraj wieczorem, ale widzę, że skasowałeś swoją wypowiedź. Szkoda, bo była wspaniale szczera.
    Wiem, że boli. Pewnie wszyscy mamy coś do wyleczenia. Ja na przykład leczę się z pogryzień na ciele atmanicznym. Wiesz, doświadczam tego, że jak nie uciekam od bólu tylko wchodzę w niego bardzo głęboko, to pojawia się cisza…i o dziwo -wdzięczność. Ale każdy pewnie ma inaczej.
    Twoja twórczość Andrzeju jest inspiracją i pomocą dla wielu ludzi, wliczając to mnie, więc proszę pisz bez względu na wszystko co się pojawia. Dziękuję.

  14. conchittta
    Wrz 15, 2014 @ 11:33:19

    Ela, ale ciepła osoba z Ciebie. 🙂 Każdy coś tam ma, ja mam problem z zachowaniem przestrzeni wewnętrznej i stawianiem granic. Więc Wszechświat co jakiś czas podsyła mi ludzi, którzy mnie weryfikują pod tym kątem. 🙂 .

    Pogryzienia są złośliwe, bo zaburzona jest zdrowa wizja świata, zostaliśmy zmanipulowani, w miejsce zdrowej relacji/ oglądu wprowadzone są programy z bolesnym urazem w tle. Sama miałam pogryzienie atmaniczne i buddialne, echa jeszcze są. Trzeba się uczyć wyrażania granic, by moje „ja jestem” było szanowane i respektowane przez innych (na równi z ich oczywiście). No jest co robić 🙂 . Od tego jest życie…

  15. Elżbieta Laur
    Wrz 15, 2014 @ 12:50:19

    O, też miałaś takie pogryzienia …u mnie szło od nauczyciela duchowego. Ale wiesz co, podstawiłam się, aby tego doświadczyć. Co za lekcja ! Nadal uważam , że jest kochany…bo dzięki niemu wiem czego nie robić. Ot, taki paradoks.
    Z tym stawianiem granic, to prawda. Każdy to robi po swojemu. Ja na przykład , kiedyś wpadałam niemal w histerię, teraz widzę, że ta granica przesunęła się znacznie. Parę miesięcy temu wyrzucił mnie z pracy szef. Był jak wielki ryczący lew, patrzyłam na Niego i nic…właściwie słowa które wypowiadał nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Za to czułam to co dzieje się z Nim wewnętrznie i gdyby nie to, że „nie wypadało”, przytuliłabym Go do siebie. Uważam , że wtedy zadział się jakiś proces. Nie zawsze jest łatwo, chyba najtrudniej z najbliższymi w rodzinie. Masz rację, jest co robić 🙂

  16. conchittta
    Wrz 18, 2014 @ 09:44:51

    A ja nawet nie pamiętam już dobrze, gdzie mnie tak pogryzło. Nieraz pakowałam się w różne sytuacje, ciekawa byłam nauczycieli duchowych, gdzieś mnie musiało pogryźć. W efekcie powstała u mnie swoista nieufność wobec większości nauczycieli, wydawało mi się, że mówią tylko jednostronnie, albo przez własne filtry, w tym filtry systemów, w których się wychowali. Powiem Ci, że mnie po prostu odrzucało. Ze to pogryzienie – bo mam przy tym niemiłe emocje, nie jest mi to obojętne. Jesto to ciekawe, bo nauczycielom odpuściłam i nawet odkryłam kilka fajnych osób nauczających, zeszły mi te niemiłe ciarki, ale nie dokopałam się do przyczyny – czuję, że to musiało być dawno, nawet nie wiem, czy w tym wcieleniu. Coś mi wewnętrz mówi, że doznałam kiedyś paskudnego ataku energetycznego od „złotoustego” szanowanego nauczyciela, może nawet wiele razy, ale nie pamiętam tego. Jednak wydaje mi się, że sama miałam poczucie ważności wtedy, więc w aspekcie całościowym to było wyrównanie. Teraz od urodzenia wchodzę w sytuacje, w których jest poniżane moje poczucie ważności, osłabiane – teraz to widzę 🙂 to naprawdę śmieszne. Oczywiście przekręciło mnie w drugą stronę, ale ostatecznie się wyrównuje to. Mam to jak na dłoni: poczucie ważności płynące z umysłu, mentalnego osądu, odczucia i poczucie wartości płynące naturalnie ze świadomości, z samego istnienia, miejsce w całosci…

  17. Elżbieta Laur
    Wrz 18, 2014 @ 11:21:50

    Zgadzam się. I właśnie kiedy pojawia się to poczucie ważności , zamiast poczucia wartości, potrzebny jest taki ktoś z krokodylem lub wejściem, aby to zobaczyć.
    Taki „diabeł na służbie u Boga”. Pewnie można to zobaczyć też inaczej…ale jak nie widać…no to trzeba oberwać.

  18. conchittta
    Wrz 18, 2014 @ 14:18:28

    Krokodylowi wszystko jedno, czy szarpie kogoś z wysokim czy niskim poczuciem ważności (może nawet woli zszargać tych, co mają poczucie niskiej ważności, wzorce ofiary, sami się podkładają).
    Ja myślę, że przeciwieństwem poczucia wysokiej ważności nie jest poczucie niskiej ważności (jak to sugeruje sensey) – to dwa bieguny tej samej postawy: nadawania sobie znaczenia wysokiego bądź niskiego, tworzenia mentalnego siebie. Tu mamy dopiero poczucie naturalnej wartości jako przeciwwagę. Bo to pierwsze jest tworzone poprzez umysł (głównie myśli na swój temat), drugie pojawia się, gdy umysł odpuszcza, ono samo sobie płynie ze środka. Jak ktoś tego z domu nie wyniósł (bo rodzice mogą przekazać to naturalne poczucie wartości, gdy szanują dziecko), to trzeba samemu się dokopać i wydobyć.
    Ostatnio dzięki pogryzieniu na ciele mentalnym i jego uszkodzeniu (jakoś udało mi się coś takiego złapać) mogłam to lepiej zobaczyć. Mental mi kapitulował, myśli i interpretacje się zawieszały w ogłupieniu, a ze środka płynęło sobie piękne poczucie wartości w połączeniu ze wszystkim z równym poczuciem wartości..

  19. Elżbieta Laur
    Wrz 18, 2014 @ 17:51:32

    Tak. Wysokie i niskie poczucie ważności to dwie strony tej samej monety. Dlatego krokodyl może gryźć zarówno nadętego ważniaka, jak i potulną ofiarę. Tak wyczuwam. Poczucie własnej wartości to dla mnie zobaczenie siebie takim jakim się jest w swym naturalnym stanie. Jeśli nawet rodzice dadzą odpowiednie drogowskazy, to i tak uważam, że rozświetlić to ,musimy samodzielnie.

  20. Elżbieta Laur
    Wrz 18, 2014 @ 19:10:55

    Jeszcze chciałam cos dodać. Ja trochę inaczej zrozumiałam to co chciał powiedzieć sensey o ważności . A mianowicie, że dla rozwoju świadomości, osobowość jako część składowa człowieka, jest również ważna i wpływa na ten rozwój. Ale może się mylę.

  21. conchittta
    Wrz 18, 2014 @ 21:10:36

    Ja do jednego zdania się odwołałam, nie do całości wypowiedzi.
    W końcu wszystko jest ważne, kto miałby decydować o tym, która składowa nas jest ważna a która nie…? Skoro się przejawia to jest ważne, jak się przestanie coś przejawiać to przestanie być ważne. Ja to tak czuję. To nazywają akceptacją: nie odrzucanie tego, co się pojawia w życiu, niezaprzeczanie, niewypieranie… To też domena umysłu, trzymanie się jakiejś wizji i odrzucanie tego, co nie pasuje.

    Mi to się właśnie podoba: każda część oferuje swoje doznania. A wszystko ma w sobie świadomość: patrzy sobie co też znowu tym razem się wyklarowało i doświadcza :). To właśnie patrzenie i rozpoznawanie jest najfajniejsze, jakoś to rozpoznawanie daje dużo szczęścia, świadomość odkleja się od wewnętrznych poruszeń i pojawia się szczęście w doświadczaniu tego wszystkiego, osobowości i dzikich podrygów duszy jak najbardziej też 🙂 . Ja to tak lubię sobie kontemplować 🙂 …

  22. SwiatDucha
    Wrz 23, 2014 @ 19:40:41

    Elżbieta,
    wygląda na to, że wszystko co jest, jest jakoś istotne. Dusze potrafią znaleźć jakąś drobinkę i urządzić sobie na tej podstawie dzień. A co dopiero taka obszerna kwestia taka jak osobowość.
    Natura [Bóg, Tao, Stwórca] zwykle nawet robi tak, że jedna rzecz jest w wielu miejscach przydatna, ważna, istotna. A tym samym tym ważniejsza. Osobowość jest zresztą czasami pomijana w rozwoju duchowym, zaniżana jest jej ważność, istotność.

  23. Elżbieta Laur
    Wrz 24, 2014 @ 09:00:35

    „Wygląda na to, że wszystko co jest, jest jakoś istotne”.
    O tak, właśnie, o to mi chodzi :). Wszystko co jest, wszystko co się przejawia, wydarza…wszystko czemuś służy, z czegoś wynika i do czegoś prowadzi.
    Obserwacja tych doświadczeń rodzi zrozumienie , akceptację, miłość.

  24. Elżbieta Laur
    Wrz 26, 2014 @ 10:46:24

    Brak poczucia tożsamości to świetny początek aby zapytać : „Kim Jestem ?”

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: