Wielka Majówka

Będzie jak zwykle – długo i zawile. 🙂 Jak chcesz się cieszyć, to idź na łąkę, ten tekst można czytać w pochmurny deszczowy dzień.

Dobry jest czas na ten temat, ponieważ zbliża się weekend majowy. Sroki za sobą latają i skrzeczą, szpak siedzi przy budce i wyśpiewuje, a nocą jeże ganiają się po trawniku fumkając na siebie. Coś się w naturze dzieje. Drzewa obsypane są kwiatami, a ogrody oglądane z daleka wyglądają jak barwny dywan.

Będzie o związkach, o przejawach miłości.

No będzie tak trochę bez owijania w te piękne piórka i bez świergotania.

Małżeństwo funkcjonalne

Ćwierkania wielu uduchowionych istot tu raczej nie będzie. Jak to mówi Maks Kolonko: mówię jak jest. Będzie na poziomie opisu z książek Hellingera. Kiedyś mocno zastanawiałem się nad małżeństwem, nad tym, na ile świadome osoby są w stanie wejść w fajny, przyjemny związek małżeński. Ciągle opierałem się na tym, że jest tradycja, że zasady bycia w związku, że to i tamto. No i poszukiwałem. Aż z tych poszukiwań wynurzył się bardzo jasny wzorzec, który jak widzę, niezmiernie często ludzie powtarzają, powielają. Jakby odbijali stempel, powielając zachowania, powielając próby uzyskania spełnienia swoich potrzeb.

Powielenie za powieleniem, aż się w oczach mieni.

Z czasem opisywałem sobie ten stempel, jak on wygląda, jak się to zachowuje w konkretnych przypadkach. Nazwałem to „małżeństwem funkcjonalnym”. Jednak było to dla mnie ciężkie do przyjęcia, do zaakceptowania. Dużo czasu mi zajęła sama akceptacja zjawiska, tego, aby pogodzić się z tym, co się wydarza. Bo jest to praktyka matriksowa, która wiedzie w tak wielu przypadkach do cierpienia. Owszem, jest to powiedzmy wytłumaczalne z punktu widzenia ustawień rodzinnych. Natomiast nie jest to rozsądne rozwiązanie.

Bowiem – jak wiadomo – Dusze nie są rozsądne. Jak jest cierpienie, przez które wiedzie droga, to Dusza się nie waha iś przez nie.

Jako osoba próbująca rozsądnie myśleć i działać i nie wchodzić w cierpienie, starałem się jakoś dojść z tym do ładu. Na dzisiaj umiem to zaakceptować, widzę, jak ludzie żyjący w takich związkach próbują dojść do ładu ze swoją rzeczywistością. Pytanie [hellingerowskie] czy widząc to nie wynoszę się ponad to zjawisko? Czy nie nabieram zbytnio ważności?

Myślę, że dopiero w momencie, gdy zdecydowałem się aktywnie uruchomić sprawy serca i obdarzania miłością ludzi, dopiero wtedy zacząłem przestawać ich oceniać. Po prostu: jeśli jest wzorek, to kocham wzorek. Jeśli ludzie robią wzorek, to kocham ludzi, którzy robią wzorek. Miłość to „zniesie”. Nawet „zniesie” to złe słowo. Miłość to obejmie.

Dlatego zdecydowałem się na napisanie tego tekstu – długo się z nim woziłem, ciążył mi, ale dopiero z pomocą energii miłości i obejmowania kochaniem mogłem zaakceptować tą sprawę.

Jak to mówi Hellinger: „kochać można tylko niedoskonałe”.

Ja bym powiedział inaczej: zaakceptować niedoskonałe mogę tylko poprzez objęcie tego miłością.

Inaczej próbowałem na wiele sposobów, a sie nie dawało. Sam tekst też nie jest doskonały, także proszę o wyrozumiałość [czyli o miłość, tak naprawdę].

.

Wiosenne zachwyty Duszy

Owszem, w tym tekście także będę przyznawać Duszy co i raz, jakie to kolejne zachwyty przeżywa, i jak bardzo chce je przeżywać, i jakie ma totalne do tego prawo!

Bez zachwytu i bez otumanienia nie byłoby AŻ TAKIEGO szumu na wiosnę.

A jest.

I niech będzie, bo on to, ów miłosny szum w dużej części tworzy wiosenną atmosferę.

Czy tekst więc będzie „ku przestrodze”? Niechciałbym.

Bo „ku przestrodze” może zawierać ocenę – ludzi, faktów, przeżyć.

A ocena, powiedzenie, co być „powinno” od razu mogłaby uruchomić brak szacunku wobec tego, co obserwujemy.

Taaaa… mieć szacunek do tego, co wartościowe, co wymyślone, co wykreowane, co przemyślane i sprzyjające – to łatwe.

Ale szacunek wobec tego, co wydaje się nieprzemyślane, co wydaje się być nieporozumieniem, co blokuje drogę, którą sobie wymyśliliśmy? A sprawy seksu, relacji, związków często wymykają się naszym racjonalnościom.

Hmmm.. przy akceptacji takich nieracjonalnośc to już troszkę trzeba przestawić sobie punkt widzenia [punkt zboru, zbioru], aby zacząć akceptować takie sprawy. Ale można. Ten kierunek da nam rozwinięcie świadomości.

Spróbujemy akceptować szaleństwa miłości. Nie tyle uważajmy, że owe szaleństwa nie są szalone [bo akceptacja to nie stawianie pieczątki z napisem „jest dobrze”], co przyznajmy, że coś takiego zachodzi, jako zjawisko.

Ja co prawda mówię, że nie jestem ekspertem od spraw związków, ale co widzę, to opisuję. Nie chcę tego oceniać. W opisie cech dorosłych dzieci alkoholików jest zdanie: „to jest opis a nie oskarżenie”. W ten sposób proszę odbierać poniższy tekst. Z punktu widzenia „rozumu”, intelektu to, co opiszę może wywoływać pewne wzburzenie u niektórych osób, natomiast można powiedzieć – tak się dzieje i już. Spróbujmy tak do tego podchodzić.

Zapewne dostaniemy jakieś korzyści w tym przypadku ze świadomości. Z uświadomienia sobie zjawisk jakie zachodzą.

Co prawda to obiera sprawę z neptuniastej, zawoalowanej otoczki lekkiego świra i zamroczenia. Może nie tyle zabiera tą otoczkę, co nagle obserwator budzi się i widzi, że to jemu się wydarza, a nie on tym jest. Można [i chyba warto] oczywiście pozwolić swojej Duszy dalej to przeżywać! Nie ma co się mocno kontrolować, bo jeśli idziemy na wesołe miasteczko, to warto nieco poszaleć, nawet jeśli na karuzeli nie będziemy wiedzieć gdzie pion, a na strzelnicy nie ustrzelimy misia bo „strzelba ma skrzywiony celownik”.

Ja raczej nigdy nie wierzyłem w to, żeby celowo te celowniki skrzywiali.. po prostu ludzie pewnie zbytnio dowierzają swoim umiejętnościom strzeleckim, których akurat chyba aż takich nie posiadają.

W obszarze związków też tak jest – Dusze mocno przekonują osobowość o tym, że ma wielkie umiejętności i kompetencje do bycia w związku, a co najważniejsze, do wyboru odpowiedniego partnera/ partnerki.

To samo dotyczy to posiadania dzieci i ich wychowania. Rodzice są ogromnie przekonani [przez swoje Dusze], że są bardzo kompetentnymi rodzicami dla własnych dzieci. Najpewniej są najlepszymi z punktu widzenia Duszy, karmy rodzicami swych dzieci.

Jednak – jak to pokazują naukowcy – najczęściej dobrze by było, aby rodzice byli „wystarczająco dobrymi rodzicami”, ale w wielu, wielu przypadkach niestety nie są.

Skąd się biorą te różnice zdań? Dlaczego ludzie tak sobie dowierzają? [Nie równa się to wierze w siebie u takiego człowieka, czy też poczuciu własnej wartości. Ktoś, kto uważa się podświadomie za mało wartościowego może mieć mocne, egoistyczne przekonanie, że to on jest właścicielem, panem i władcą własnego dziecka! A ktoś, kogo owionie woń wiosennych kwiatów może uważać, że oto spotkała miłość swojego życia i wpada po szyję w mocno kłopotliwy związek.]

Znów zakochałem się. Który raz? Setny raz. Który raz? Setny raz! Znów zakochałem się.” – jak mówi przedwojenna piosenka. „Setny raz!” – czyli nie mam nad tym panowania, ba, cieszę się tym, mam ubaw, że to się zdarza.

My pójdziemy krok dalej, zobaczymy co to robi funkcjonalnie w związku, jak Dusze się dobierają. Na zewnątrz jest „znów zakochałem się”, a pod powłoką mamy dosyć dobrze przekalkulowane sprawy utrzymania nowej rodziny, rodzicielstwa.

Dla osobowości Dusza mówi co innego, roztacza piękne perspektywy i zapach kwiatów. No czymś trzeba zachęcić, prawda?

Dusze tak mamią ludzi, przedstawiając im miłe marzenia zamiast konkretnych realiów w obszarze związków i rodzicielstwa.

Odzieram z romantyczności? Nie. Nie mówię, że miłosnego zamętu nie ma! Jest, jak najbardziej. Nie proponuję abyśmy byli cyniczni.

Jest zarówno jedna jasna strona, jest i ta strona ciemniejsza.

Proponuję dostrzec w Duszy wiele obszarów i niespójność. I nie oceniać tego negatywnie.

Zakochali się. Pobrali się. Spłodzili i urodzili dzieci. No i w końcowym rachunku, po kilku latach małżeńskich wychodzi na to, że to ów mega-chochlik, Dusza miała w związku najwięcej do powiedzenia. A zrealizowany scenariusz okazał się inny, niż racjonalna osobowość chciała.

W dzisiejszych czasach jak widzę następuje duży wzrost świadomości!

To, że jest tyle rozwodów, uznaję paradoksalnie z pewnej strony za informację jak najbardziej pozytywną, ponieważ pokazuje jak wiele osób uruchamia swoje rozsądne myślenie. Co prawda uruchamia je kilka lat po ślubie, ale i to już jest super. To, że wejdą ponownie i ponownie w związki i nadal będą nie do końca usatysfakcjonowani, to dla mnie oznacza, że jeszcze nie ma końca procesu. Ale początki są.

Dodatkowo jest ileś par, które nie połączyły się więzem małżeńskim a to z powodu powątpiewania. I tu też widać, że świadomość przemogła zwierzęcą chuć.

Oczywiście można powiedzieć – to tragicznie, ludzie powinni się łączyć, nawet jakkolwiek, powinni płodzić dzieci, nawet jakkolwiek. Ok, niektórzy tak myślą. Tyle, że tao procesu, który obserwujemy na świecie, w Polsce, jest inne. Widzimy wzrastającą świadomość. Ja się z tego akurat cieszę, inni załamują ręce. Niech tak nie załamują tych rąk :-), globalny przyrost naturalny pokazuje, że jest na świecie duża większość ludzi, którym świadomość jakości ich osobistego związku zupełnie nie przeszkadza na codzień.

Jest fajnie

Takim hasłem można podsumować nowo tworzący się związek. Dusze wchodzą z lekkim zawrotem głowy i różnymi endorfinami w relację. Hula zarówno w głowie, jak i w emocjach!

Popatrzmy jak to się ma ze strony doboru małżeńskiego.

Zauroczenie

Tak więc, obserwujmy owo zauroczenie Duszy, nie przekreślajmy go cynicznie, doceniajmy te wszelkie uniesienia, którym podlegamy. A z drugiej strony popatrzmy kątem oka na warunki brzegowe, którym podlegają tworzące się związki.

Co ciekawe, kobiety mają bardziej rozwinięte owo „trzeźwe patrzenie”. Mocno doceniają konkretne skutki, efekty wynikające ze związku konkretnie Z TYM człowiekiem. W tym kłopot jednak, że bardo chcą być praktyczne, więcej! – pragmatyczne, natomiast są yin – ulegają. Ulegają złudzeniom.

Ulegają np. swoim marzeniom [„jak to mi będzie z nim dobrze!”].

Albo ulegają mamieniom np. symbionta i wzorców, postaw osobowości u pana. Te elementy roztaczają „nie do oparcia się” przecudne wibracyjne horyzonty. Jeśli jeszcze uleganie marzeniom jest zdrowsze, to to drugie – uleganie symbiontowi jest zdecydowanie niezdrowe. Taki cudny, aktywny, zaradny pan [z symbiontem] pieknie się prezentuje, nie co tamten śliniący się i nie wiedzący co powiedzieć bałwan, który taki jest nieporadny.

Mamienie przez symbionta trudno rozróżnić od marzenia. A kończy się zwykle bardzo kłopotliwie – mniejszy lub większy psychopata po pewnym czasie nie ma sentymentów i będzie brał i dbał o siebie. A na początku był tak pociągający…

W dzieciństwie wydawało mi się, że kobieta jest „zwiewną i romantyczną” a okazało się, że liczy i przelicza i wcale sama z siebie romantyczną nie jest. Ona BY CHCIAŁA przeżywać romantyczne chwile, chciała by się w nie puścić, zanurzyć, natomiast sama z siebie nie jest taka. Stosuje racjonalne wypowiedzi, przestawia, omawia szczegóły zupełnie nie dążąc do „mgły zapomnienia”. Kobieta uważa, że jej obowiązkiem jest być cały czas po stronie pragmatycznej. I im jest silniejsza, to tym ta postawa jest silniej wykonywana. Skrajność – ta boli najsilniej – daje to, że kobieta nie jest w stanie wejść w żadne satysfakcjonujące relacje, bo tak „się trzyma” swojego pragmatycznego kredo. I uważa, że ma rację!

A mężczyzna nawet do takiej nie podejdzie – bo po co mu chodzący komputer skrzyżowany z dyrektorem wykonawczym przedsiębiorstwa? Po co ma przemagać zasieki z drutów kolczastych, kiedy to wcale nie jest jakoś przyjemne? To mają być zaloty – pokonywanie drutu kolczastego? Woli pójść na ryby albo w góry.

Potrzeba mu partnerki, człowieka, nie maszyny „wykonującej” zadania życiowe.

Na portalach randkowych widać opisy: „rozważna i romantyczna”. Ja bym powiedział: „muszę być rozważna i taką mnie świat urobił, a chciałabym, aby ktoś w jakiś dziwny sposób sprawił, abym zaczęła się czuć romantyczna”.

To raczej mężczyzna w obecnych czasach dodaje do związku sporo „świra romantycznego”.

Tu pojawia się sprawa tego, co partnerzy mogą sobie dać. Mężczyźni zwykle nie myślą o dzieciach, jeśli już, to uważają dzieci za potencjalność. Kobiety patrzą na to zupełnie inaczej, można rzecz przeciwnie – dziecko [a potem dom] to coś bezwzględnie koniecznego!

[Tu osobiście upatruję mocną ingerencję matrixa ziemskiego, systemu ziemskiego w nasze doznania. Bo na poziomie osobistych przeżyć, doznań chyba jesteśmy poprogramowani. Myślimy „o, odczuwam to i to!”, a tak naprawdę włącza się program „prokreacja” – u mężczyzn i kobiet po równo – i nagle jesteśmy miotani odczuciami, które są na bieżąco od nas o wiele silniejsze. Ale to nie temat na dziś.]

Możemy przyjąć, że jest jak jest, pamiętajmy, nie oceniamy.

Jeśli mężczyzna nie myśli o dzieciach, o rodzinie, to jest w stanie dać, dodać związkowi romantyczności, a i owszem, nawet w dużych dawkach. To świetnie. Przynajmniej z jego punktu widzenia.

Kobieta z tego może korzystać. Z naciskiem na „może”. Bo z jej punktu widzenia liczy się ustalenie warunków życia przyszłej rodziny, możliwość „posiadania” dzieci [znowu matrixowe postawy – dzieci się nie „ma” tylko one żyją z nami, nie są przedmiotami!].

Bo jeśli nie ona się tym zajmie, to kto się tym zajmie!??? Jak kobieta patrzy na rozanielonego mężczyznę, a on jej nie przybija nagle siłą kilku ton swojej bezwględności do ściany, to włącza się jej siedem kontrolek mówiących, że „on nie wie, gdzie żyje! To ciamajda.” A więc co? Siły białego oczywiście podpowiadają: „to ja muszę wziąć kierownictwo, ster w swoje ręce!”

Otóż i mamy „jabłko z raju”. Kobieta bierze siłę kierowniczą yang i nie chce oddać. I sama sobie udowadnia, że jej postawa jest prawidłowa. Chociaż nie jest prawidłowa.

W tym przypadku to brak świadomości procesu.

Z tym, że samo nabycie świadomości nie rozwiąże sprawy.

Dobra, pani bierze sobie pana najpierw „na celownik”. Zupełnie nie „romantycznie” podsumowuje go jakim on jest człowiekiem. Owszem, może czuć różne uniesienia, czemu nie. Ale gdzieś chodzi jej ciągle po głowie: „dzieci, dom, dzieci, dom, dzieci, dom”.

Jak w takim stanie można zaakceptować drugiego człowieka? Jak można skupić się na JEGO prawdziwych pragnieniach, chęciach, niechęciach, możliwościach? Jak można bez kalkulowania pobyć z tym człowiekiem?

Nie można.

Oj, wiele razy spotkałem się z tym zjawiskiem. Fajnie, jestem zakochany w pani a pani „coś do mnie czuje”. I rozmawiamy. I dochodzimy do momentu, że.. zaczyna do mnie czuć przyjaźń, że zaczyna czuć życzliwość. Zobaczyła we mnie człowieka, razem z emocjami, z nieporadnością, z niezorganizowaniem itp. Co się nagle dzieje?

BUCH! Już ją to przestało interesować! Już nie chce się ze mną kontaktować! Dlaczego? Bo ona nie szuka przyjaźni. Ona szuka.. męża. To co, okazało się, że „możemy być przyjaciółmi” i .. właściwie przedtem nie byliśmy, czyli dla niej

mąż nie ma być przyjacielem!

Przypominam: wiele razy spotkałem się z tym zjawiskiem.

I w ten sposób kobiety nie skupiają się na potencjałach mężczyzny, na jego rzeczywistych możliwościach, na tym kim jest, czego potrzebuje, a na tym, co mają w umyśle: „dzieci, dom”!!!

A jak po latach okaże się, że jest to konkretny ktoś, człowiek, z emocjami, uczuciami, który potrzebuje np. współczucia, zrozumienia, to co wtedy? Wtedy ona już musi być z nim i musi mu współczuć, zaopiekować się nim. Itd.

[mam przekonanie, że jest to program matrixowy, od Systemu Ziemskiego. Oczywiście można mieć przekonanie, że jest to coś „naturalnego”. Matrix, uważam, tak „zalazł nam za skórę” literalnie, że nie odczuwamy go jako oddzielnego od nas samych. Popatrzmy na film Wachowskich, te ciała hodowane w kokonach, one najpewniej też mogłyby czuć się częścią całości z tymi kokonami, rurami i oprzyrządowaniem, bo przecież ciągle w nich tkwią, w nich wyrosły. Tak więc jak coś czujemy, to niekoniecznie jest to coś „naszego”. Ludzie myślą, że jeśli mają jakieś programy, O ILE w ogóle mają jakieś programy, to jest to coś wobec czego mają dystans. Myślą, że to ma być coś jak temat lekcji na tablicy, który jest na zewnątrz nich, a z klasy można po prostu wyjść, albo użyć wilgotnej gąbki i tematu zaraz nie będzie.
A jak program jest „wszyty” w ich trzewia, to co powiedzą? Nie, nie powiedzą tego, że „coś mają”. Nie zechcą tego przyznać. Bo by to zrujnowało ich obraz siebie samych, by się poczuli w dyskomforcie. Jeśli się utożsamiają z własnym ciałem, z własnymi energiami to nie zrobią tego, bo by musieli powiedzieć: „Częścią mnie jest coś co nie jest mną, jakieś obce oprogramowanie. Chyba zwariowałem!”. To by zrujnowało ich poczucie jedności własnej [integralności]. Ja się nie dziwię. Tak by było, więc oni nie chcą do tego dopuścić.

I dlatego ludzie dopiero wtedy są w stanie rozpoznawać „wszyte w nich” programy. Gdy zaczną choć trochę utożsamiać się ze swoim Duchem, ze swoją świadomością. Z czymś, co nazywam Świadomym Ja [Świadomą Jaźnią], a co inni nazywają Obserwatorem. Wtedy ciało, własne energie mogą być obserwowane z pewnego dystansu i w nich może być odkrywane coś, co było postrzegane tak bardzo jako swoje. „Przecież nauczyłem się tego od rodziców, to jest po nich, to jest wzorzec, który oni stosowali. Mam go zaprzestać? Bo definiuję się w części poprzez to, że mam/miałem rodziców. A tak to kim będę, jak uznam, że coś od nich już przestaję wybierać? Będę sierotą?”

No niestety, Anupadaka, poziom ciała subtelnego ponad ciałem atmanicznym nazywa się, jakby przetłumaczyć – „bez ojca cielesnego”. Czyli po prostu „sierota”. Na szczęście, nie duchowa/y sierota.

Osoba aspirująca do przestrzeni duchowej, do uruchomienia się świadomości na poziomach duchowych w pewnym momencie jest stawiana przed kwestią „wypadnięcia” z roli bycia potomkiem. Zaczyna przestawać mieć [z racji samego procesu ćwiczeń duchowych] materialnych rodziców. Zaczyna „być” anupadaka, czyli bez ojca.

To „coś” świadome, ta rozwijająca się świadoma cząstka, Obserwator jest niematerialna, niesubstancjalna, nawet na najwyższych poziomach ciałach nie ma żadnego ciała subtelnego. I jest jednością bezwzględną. Nie może być podzielona, ponieważ nie ma co być tam podzielone. Świadomość nie ma ciała, nie ma formy, więc nie sposób jej poddać podziałowi. Dlatego też przebywając w Duchu, będąc w Świadomości zawsze jesteśmy zdrowi, bo nie ma możliwości zaistnienia „choroby”. I dlatego odwoływanie się do tego poziomu może uleczać kłopotliwe stany na różnych poziomach ciał subtelnych. W końcowym efekcie każda działająca terapia działa z powodu odwołania się i zadziałania cząstki duchowej w człowieku. Jeśli Duch się nie uruchomi, choćby na chwilę, nie ma uzdrowienia. Jeśli się uruchomi, to uzdrowienie zachodzi.

Dopiero w tym momencie, uruchomienia Świadomego Ja możemy dopuścić do siebie, że w którymś naszym ciele, np. witalnym, astralnym – emocjonalnym mamy jakieś programy, wstawki „nie z nas”.

I dopiero wtedy to nas nie rozburza, nie rozdziela, nie napina [gdy z czasem się do tego przyzwyczaimy, że tak może być i właśnie jest].

Bowiem jesteśmy, czujemy się Świadomością, „czymś innym” od tego, co by na tych wstawkach ucierpiało. Od wstawek nie ucierpi Świadomość, ponieważ nie można wstawić tam „wstawki”, „programu”, „wtyczki”, jest to osobny „Wszechświat”, który po Oświeceniu istotnie takim osobnym wszechświatem i Bogiem jednocześnie się staje. Na tym polega boskość Boskiego planu: gdy się realizuje, gdy poszczególne jednostki doznają oświecenia, to wtedy stają się Bogami. Bóg rodzi Bogów.

]

Robi się poemat dygresyjny. No dobrze, sprawa jest skomplikowana, więc nie liczę na prostotę. A co do ćwierkania słowików, to proszę nie ustawiać sobie filmu z YT z ćwierkaniem, tylko pójść pod drzewa w maju wieczorkiem.

No dobra, ale – póki co – mamy opowiadać o rodzeniu dzieci. Sprawa to poważna i wymagająca sporych przedsięwzięć, więc kobieta [jako że to jej najbardziej dotyczy] mocno się do tego przygotowuje. I nic dziwnego. Jeśli się znajdzie taki facet, który zechce z nią to dzielić, to wspaniale. Jeśli nie – to ona i tak znajdzie sposób, i dopnie swego i to nie jeden raz.

Wiele osób mówiących o partnerstwie, związkach podkreśla, że skupia się tu na kobiecie, bo to ona jest „strażniczką domowego ogniska”, to na niej ogniskuje się dom. Element yin jest elementem skierowanym „do siebie”, schowanym, skierowanym „ku sobie”, jest to element biorący, receptywny.

Dlatego to kobieta jest zalążkiem związku i to ona jest [przynajmniej w teorii] mistrzynią związku.

OK, widzimy napęd kobiecy. I możemy zauważyć bezwzględność tego napędu.

Nie ma tu nic romantycznego. Jak się „romantyzm zdarzy”, to ok, ale nie jest on konieczny. Fajnie, żeby był, ale naprawdę sporo pań nie patrzy na to jako na coś AŻ TAK istotnego. Jednocześnie [można powiedzieć po Hellingerowsku] w obecnych czasach, gdy parter nie finansuje rodziny własną pracą nie patrzy na swojego partnera jako na kogoś aż tak istotnego. Dla związku, dla dzieci, dla domu.

W czasie pierwszej wojny światowej zaszła duża zmiana kulturowa. Na fronty szli w dużej liczbie mężczyźni, kobiety zostawały z rodzinami w domach. Nie mając źródła utrzymania od mężczyzny, który to zapewniał, zmuszone zostały do pójścia do pracy. Oprócz innych skutków, to wyjście kobiety ku zarobkowaniu dało dużą zmianę w energiach relacji. Dusze kobiet, nierefleksyjne z natury ustaliły sobie, że jeśli już nie mogą się oprzeć na mężczyznach, to będą sobie ich ważyły lekce, czyli nie szanowały. Tak zaskutkował ten proces, który jeszcze pogłębił się z latami.

[Trzeba dodać dla uspokojnenia, że Dusze mężczyzn też są w identycznie dużym stopniu nierefleksyjne].

I panie sobie tą emancypację, samodzielność i brak szacunku wobec męskiego udowadniają. I nam też, i innym osobom. Jak? Ano wychowują samotnie dzieci: jedno, dwa, trzy. Tak, nie potrzebują koniecznie partnera [przy sobie], aby mieć trójkę dzieci. Są na to dowody.

Tego nie można już nazwać związkiem, bo separują się od mężczyzny, traktują go jako „ojca dziecka”. Tego czasami nawet nie można nazwać poligamią, bowiem kobiety potrafią odseparować się od kilku partnerów, z którymi mają dzieci.

Takie są! Popatrz, jaka jestem silna!

Super! – mówię takiej pani w duchu. Ale powiedz, czy jesteś szczęśliwa? Czy w ogóle masz potencjał na odczuwanie szczęśliwości w obecnym życiu?

Nie, ale ja muszę! Muszę to, muszę tamto, taka jestem zabiegana!”

No ja cię do tego nie zmusiłem, żebyś się taka stała. Akceptuję cię i twoją postawę, jakakolwiek jest.

Dodatkowo taki „pół-związek” niszczy, oprócz tego, że ubija szczęśliwość u kobiety, niszczy także męskie u mężczyzny, albo nawet u kilku mężczyzn.

Pamiętajmy, nie oceniamy, tylko przyglądamy się. Nie ferujemy, „kto tu jest temu winny”. Nie wzdymajmy się „o, to jest już trochę przesadzone!”. Patrzymy na fakty, często robimy przybliżenie naszą kamerą, aby zobaczyć coś w większych szczegółach.

To trochę trudne. Im więcej cierpienia sobie pokazujemy, pokażemy, tym pozostawanie w życzliwej obojętności wobec kogoś jest zwykle trudniejsze. Ale – ćwiczmy się w tym.

Dusza inicjuje relację miłosną

Jak zwykle, tym powodem stworzenia relacji jest Dusza. Tym chochlikiem, tym szarlatanem, tą wiedźmą pokręconą jest Dusza. Dusze potrafią się dobrać bez względu na odległość fizyczną. My tego nie widzimy, ale Dusze się „zwąchają” poprzez np. znajomych, poprzez łącza, które kahuni hawajscy nazywają „nićmi aka”. Poprzez te nici przechodzą wibracje, a Dusze już wiedzą od kogo i jakie są to wibracje i czy Dusza chce ich więcej. Dla innych osób może to być „przypadek” spotkania kogoś na ulicy, uczenia się w jednej klasie czy grupie studenckiej. Wibracje miasta [zgrupowania ludzi i energetyczna „czapa” w mieście], pole energii wspólnej pracy, zainteresowań potrafią dobrze łączyć Dusze i dawać im możliwość zejścia się ze sobą.

To Dusza chce, aby się tak działo. Ludzie mogą czasami czuć się wiedzeni jakimś powodowaniem, jakimś odczuwanym przymusem.

Panie mają napęd, wręcz przymus w „posiadaniu” dzieci, w posiadaniu domu. [proszę zauważyć gdzie są nawiasy – jeśli „posiadamy” dzieci, to robimy im krzywdę. Dziecko bowiem nie jest przedmiotem, aby je „posiadać”]. Ten napęd u kobiet jest duży i jest to napęd wynikający z seksualności, napęd prokreacyjny. W pewnym momencie jest on nastawiony nieco na płodzenie, ale najbardziej tu gra potrzeba, presja na to, co jest PO płodzeniu – wychowanie, życie domowe.

Panowie mają podobny przymus. Nie w „posiadaniu dzieci i domu”, ale w tym, aby uprawiać seks z paniami. To są pragnienia podobnie intensywne, bardzo intensywne.

Kłopot w tym, że [akurat w krajach klimatu umiarkowanego] społecznie akceptowany jest tylko pragnienie kobiece.

O, jak pięknie, ta pani ma takiego pięknego dzidziusia.” „o, to bardzo dobrze, że ta pani ma swoje osobiste mieszkanie, i ma za co żyć, przecież ma dwoje dzieci, jakby ona mogła się inaczej utrzymać”.

Pornografia w internecie jest sprawą bardzo niekorzystną, a dostępność jej dla nastolatków powinna być w pierwszym rzędzie zakwestionowana” „Powinniśmy sobie zdać sprawę, że agencje towarzyskie to są realne domy publiczne, które społeczeństwo nie powinno traktować z przymrużeniem oka, powinno się zweryfikować ich działalność”. „Onanizm to grzech”.

Widzicie różnicę w kulturowym podejściu do tych dwóch napędów seksualnych?

To byłoby [kulturowo] niezwykle dziwne, jakby w czasopiśmie wychwalano możliwości zapładnienia jakimi cechuje się aktor X. To byłby wielki wstyd!

Natomiast gdy aktorka Y ma dzieci i dom, to pokazuje się owe dzieci i wychwala jakie podobne do niej i jakie ładne, pokazuje się jej dom, wskazując jego komfort, użyteczność i przepych. To jest wielka promocja!

Nadal się dziwicie, że męskie w naszym kraju cierpi? Że mężczyźni czują się niedoceniani i spychani na margines?

Ja się nie dziwię. Czasy prostackiego seksu i zostawiania „posiewu” po sobie minęły. A jeszcze nie nastały czasy doceniania tej idei, z którą przychodzi mężczyzna do kobiety. Dodatkowo jest czas odpłaty, przez wieki to kobiety były poniżane, i one mają grupowe ciało bolesne, czują się niedocenione. Wiele z nich walczy o szacunek i równouprawnienie.

Ale pamiętajmy, na potrzeby tego tekstu – obserwujmy, nie oceniajmy.

Jest jak jest.

Łazariew mówi nam „nie oceniajmy, nie obrażajmy się na tych ludzi”, abyśmy nie dostali mocno po kościach od Wszechświata z powodu tego oceniania. Abyśmy zachowali zdrowie. A jak się jeszcze wsłuchać, to powie: nie oceniaj, abyś mógł/mogła się utrzymać na ścieżce duchowej do Boga, który przecież nie ocenia.

Ewa Cyzman Bany mówi „nie oceniaj”, i dodaje w sposób rozwijający trzecie oko: zobacz na osobistą historię tego człowieka i popatrz, czy ma do swojego postępowania przyczynę. Bo jest ta przyczyna i to, co robi, to nie robi najpewniej z tego powodu, o którym ci się wydaje.

Nie oceniajmy, a obserujmy. Są przyczyny i są skutki działania, natomiast nie ferujmy prostych podpowiedzi: „nie rób tak, zrób inaczej” [bo to także jest manipulacja].

Tresura Matrixa mówi: zaakceptuj tego człowieka, ponieważ, jeśli akceptujesz, to wyrażasz miłość z własnego serca, kontaktujesz się ze swoją miłością w sercu. Jak go będziesz kochać, to będziesz go akceptować.

We wszystkich działaniach Wszechświata jest głęboko ukryta ta sama intencja. Jest to intencja: „niech świadomość wzrasta”. Wszechświat bowiem chce naszej świadomości a przez to i naszego Oświecenia [ja to tak odczytuję].

Małżeństwo funkcjonalne

Tak nazwałem typ związku, który obserwuję, a który chyba jest dominujący wśród ludzi. Funkcjonalne oznacza, że pod względem duchowym jest ono dobrane tak, aby funkcje.. mężczyzny były dobrze dobrane do funkcji kobiety.

Małżeństwo funkcjonalne to takie małżeństwo, w którym kobieta, a właściwie jej Dusza wybiera sobie takiego partnera, który odpowiada potrzebom, które odczuwa kobieta.

Ma być aktywny? Ma

Ma być zaradny? Ma

Ma zarabiać? Ma

Ma umieć w domu coś ponaprawiać? Ma

Małżeństwo funkcjonalne dzisiaj wygląda tak, że kobieta bierze sobie mężczyznę o mniejszym wieku Duszy, ponieważ on właśnie spełnia w jej oczach te oczekiwania z listy powyżej. Jest aktywny, nawet aktywniejszy od niej, ponieważ posiada młodszą Duszę. Jest przez to też zaradniejszy, zarabia, umie się ogarnąć w fizyczności.

Czego nie musi [a właściwie nie powinien, bo będzie na to bezproduktywnie czas tracić]:

Nie musi się zastanawiać

Nie musi odpoczywać

Nie musi spotykać się z kolegami

Nie musi chodzić na ryby

Z wiekiem związku jednak coś się zmienia. Oprócz spraw bezpośrednich, prokreacyjnych, dzieci i mieszkania, pojawiają się u pani potrzeby emocjonalne, zrozumienia, wysłuchania. Niestety! Widziały gały co brały? Niekoniecznie.

Albowiem ów pan, co był tak dobrze dopasowany do dzieci i utrzymania domu, już zaczął mocno podupadać na wizerunku osoby, która jako-tako chociaż jest w stanie zrozumieć panią.

Jakie jest wyjście? Gdy sytuacja się napręża i zagęszcza? Gdy pani już nie wytrzymuje od niezrozumienia i niegramotności mężczyzny w uczuciach?

No rozwód oczywiście. Dzieci są? Świetnie. Dom/mieszkanie jest? Jest. Świetnie. Pora na rozwód, bo już tak dłużej nie mogę wytrzymać.

Kiedyś doszedłem do tego, chyba to był jakiś żart, że jedną z najbardziej wkurzających żonę sytuacji jest ta, gdy widzi męża leżącego i odpoczywającego na tapczanie.

Wkurzenie gwarantowane!

A dlaczego?

Dlatego, że nie jest zmęczony? Nie

Bo nie robi! „Nie wykonuje żadnej czynności a ja muszę!” – mówi głos w głowie żony. Bo to jeszcze nie zrobione, bo tamto niedokończone, a tamto nie ogarnięte.

To oczywiście białe energie zawładnęły panią. I staje się pani panią i władczynią. W stylu białego yin.

Kiedyś mężczyzni byli panami-władcami w stylu czarnego yang. A teraz odwrotnie, jest odbitka, tylko w odwrotną stronę.

Tak przedstawia się małżeństwo funkcjonalne. Konstruuje je kobieta na swoje potrzeby. Odwrotnie jak niegdyś, małżeństwo konstruował mężczyzna na swoje potrzeby. To jest po prostu powrót fali w drugą stronę. Stare, zbyt duże yang przekształciło się w yin.

Uff!

Jakże można po takiej przemowie żyć normalnie?

Jakże można widzieć ptaki i kwiaty?

Takie zadawałem sobie pytanie.

Czy mam przestać widzieć te zależności u ludzi?

Czy mam się okłamać?

Po pierwsze, mam wyciągnąć wnioski z tego na moje życie. Na ile potrafię obejść i nie wejść w te matriksowe zależności, które tak preferowane są przez System ziemski – na tyle próbuję. Nie jest prosto jak na razie, ale kto wie. Sama świadomość może pomóc. Bo po co sobie czy komuś przysparzać cierpienia? Jak można nie kreować cierpienia?

Powoli otwiera mi się jeszcze inna droga – świadomej kreacji, opisywana dobrze przez Tresurę Matriksa, natomiast jest trochę dla mnie jeszcze zbyt szybko, abym o tym mówił.

Jednak już na tyle mam akceptacji, na tyle ustawieniowo jestem obeznany, aby opisywać zależności w relacjach bez mojej osobistej oceny, przy zachowaniu szacunku dla osób, o których się wypowiadam.

Droga omijająca cierpienie nie jest oczywiście drogą Duszy. Dusza nie idzie mądrze. Ona idzie i doświadcza – i to jest najważniejsze. A co doświadcza, to jest powiedzmy, wtórne, mniej ważne.

Droga Duszy to droga nawyku, nawykowa droga, zgodna z nabytymi przez nią wzorcami, tradycją, zgodnie z systemowymi programami, które powieliła od przodków.

Ale nie musi być to tak droga. Mamy możliwość zmienić i myślenie i zachowanie, mamy swobodę w swoim życiu. O ILE będziemy tego świadomi, świadomi zależności, z jakimi mamy do czynienia.

Nie mówię tu o buncie. Kiedyś miałem znajomego, który miał krokodyla mentalnego. Ogromnie zależało mu na wolności, niemalże miał świra na tym punkcie. Ten deficyt pewnie też przejawiał się przy braniu owego krokodyla: „będę bardziej umiejętny dzięki kr., to będę miał dużo wolności osobistej!” [takie zamierzenie oczywiście jest nieświadomą postawą przy braniu kr].

A jednocześnie, mając kr. nie odspawał się od systemu, nadal był uzależniony od związków z kobietami. Co ciekawe – nie chciał w ogóle słyszeć, że światem i nami rządzą zależności. Nie posłuchał, że można się od nich uwalniać, nie starczyło mu uwagi, bo od razu zaczął się buntować.

Jak się to skończyło? Ano trywialnie i typowo – jego spore pragnienia seksualne nie baczyły na zależności w relacji z kobietą i poczęli dziecko bez chęci tego poczęcia. System ich wessał do obszaru cierpienia. Cierpienia, od którego mój znajomy tak bardzo chciał uciekać. A powodem była niechęć do świadomości i poleganie na swoim symbioncie. No bo przecież taki rozsądny jestem. Ale Dusze i System mają swoje sposoby. Na swej wadze położą nie raz. Zweryfkują poziom umiejętności i mądrości.

Mówię o trudnych zależnościach w związkach.

Czy mam przestać widzieć te zależności u ludzi?

Czy mam się okłamać? Czy mam powiedzieć: nie, ludzie kochają się i w miłości biorą rozwód. Także ci zajmujący się rozwojem duchowym, też przez cały czas są ze sobą w bardzo dobrej komitywie.

Nie, nie mam się okłamać, ale nie oceniać i zaakceptować to co się zdarza. To oznacza, żeby żyć własnym życiem. To też oznacza objąć to miłością z serca.

Jeśli jestem świadomy czegoś niewłaściwego u siebie – to oczyszczać się z tego. Ale jak najbardziej patrzeć na przyrodę, na zaloty ptaków i jeży. Bo to jest Natura, bo to Bóg jest. Tam nie ma ocen, więc łatwiej na to patrzeć i zachwycać się.

Gdy już na tyle zaakceptujemy świat i jego procesy, to będziemy zaczynać zachwycać się nad tym, co dzisiaj uważamy za kłopoty i problemy. To wszystko zacznie jawić się nam jako lila, boska zabawa. Myślę, że miłość ma taki potencjał w akceptowaniu tego wszystkiego. I to natychmiast i to bez żadnego warunku. Kwestia jest tylko taka, żebym się w tym wyćwiczył, w otwieraniu się na różne sprawy sercem, nie zaś umysłem.

 

 

Reklamy

6 Komentarzy (+add yours?)

  1. Sabina Przybylska
    Kwi 28, 2015 @ 20:14:47

    Dzięki Andrzej, tym tekstem dajesz po garach, ściągasz na glebę naprawdę i trafiasz w sedno, w punkt.
    Dobrze mi zrobiło, otrzeźwiło mnie przeczytanie męskiego głosu, męskiego punktu widzenia – i zgadzam się, zwłaszcza z tym umniejszaniem męskiego i brakiem szacunku, marginalizowaniem go dzisiaj. Co mnie smuci i czego – niestety – doświadczyłam nieraz we własnych postawach też.

    Czuję, że po lekturze serce mi się otwiera bardzo na męskie. Bez spazmów, „ach-ów” i „och-ów” – tylko po prostu – z szacunkiem i przytomnie 🙂 A to dobrze rokuje.

    Mam jeszcze pytanie – może mi odpowiesz, a może nie 🙂 Bo w tekście opisujesz postawy prowadzące do cierpienia – a w takim razie, pytam jako kobieta – o zmianę postawy, jak być z mężczyzną, żeby było dobrze? Żeby oboje mogli wzrastać dzięki relacji.

    Pytam, bo zdałam sobie sprawę, że większość tego typu porad, książek, warsztatów – o związkach – udzielają jednak i piszą inne kobiety. Więc niejako kobiety kobietom mówią jak żyć z mężczyznami – widzę, że to zdecydowanie nie jest pełen obraz.

    Dziękuję!

  2. SwiatDucha
    Kwi 29, 2015 @ 13:00:33

    Dzięki Sabina za cierpliwe przeczytanie 🙂
    Istotnie, kaliber sprawy duży, więc i musiało poczekać na swój czas.

    Spróbuję coś napisać w odpowiedzi na pytanie:

    Myślę sobie, że biorąc pod uwagę wielopokoleniowe procesy, to „wyrwanie się” z pęt stereotypowych zachowań wobec osób innej płci może być ciężkie. Przecież duża większość populacji tak robi i takie jest nastawienie energetyczne. [tu ciągle ten matrixowy układ mi się plącze, że ma to coś z nim wspólnego].
    Mamy obecnie ogromną falę powracającą, oddającą męskiemu po gnatach, za to co niegdyś żeńskiemu naszkodziło.

    Tak więc po pierwsze, próbując coś zmieniać, możemy napotkać na silną i dużą pokoleniową/populacyjną/matrixową falę energii [nie wiem jak to nazwać]. Może nie jest to „nie do przejścia”, ale tu potrzeba świadomości, aby nie zostać pochłoniętą/ym.

    Dwa, co mi się kojarzy, to to, co Osho mówił: Bóg stworzył kobietę i mężczyznę tak bardzo różnymi od siebie, jak tylko było to możliwe. Aby projekt „Wszechświat” wypalił, musiał być odpowiednio duży zgromadzony do tego potencjał. A różnice między yin a yang taki potencjał dają, czyli zróżnicowanie musi być duże, silne.
    Czyli kwestia akceptacji tu akurat może napotkać taką przeszkodę, że coś nam „nie mieści się w głowie, że tamten człowiek innej płci tak ma”. Jak to Ewa Cyzman-Bany mówi: można się dziwować przez długi czas tym drugim człowiekiem.

    W kierunku uruchamiania akceptacji dla tego człowieka bardzo przywodzi mi na myśl miłość w rozumieniu Tresury Matrixa [może tu nie będę jeszcze dokładnie tego opisywać], ale po pierwsze chodzi o otoczenie kochającą energią otoczenia.

    To są tylko takie punkty, które coś wskazują, nie mam ambicji, aby podawać jakieś recepty. Myślę, że przy „byciu z mężczyzną”, a także „byciu z kobietą” ujmować, że jest to żywy człowiek, zadumać się czasem nad nim/nią, mieć czas do takiego zadumania.

    Pewnie też studiowanie nauk tantrycznych o dopełniających się energiach mogłoby coś pomóc w akceptacji takich innych energii od naszych własnych.

    Akceptacja, szacunek, miłość, zrozumienie, rozmowa. Coś takiego.

  3. Conchita
    Kwi 30, 2015 @ 11:02:05

    hehe 🙂 . Męskim okiem :)…
    Co do kobiet: spora część znajomych kobiet została singielkami i co gorsza 😉 w pewnym stopniu dobrze im z tym, z latami powstało przywiązanie do wygody i swobody i niechęć do dostosowywania się do męskich porządków w domu. Jak mawia jedna znajoma, to musiałaby być jakaś wielka miłość, żeby skłoniła ją do zmiany sytuacji… Pragnienie dzieci jest kobiecie bliższe, bo wiąze się z miłością bezwarunkową, kobieta czuje, że chce być takim dawcą miłości i wsparcia dla kogoś. Z mężczyzną jest inna relacja, zwykle wychodzą obciążenia obu stron – to jest relacja nad która się pracuje. Pragnienie domu ? – ja to raczej widzę jako pragnienie zorganizowania przestrzeni dla rodziny, niby to samo, a jednak niezupełnie, dom się kojarzy bardziej materialnie, przestrzeń rodziny – energetycznie. Są ludzie w pięknych domach bez przestrzeni – wspólnoty rodzinnej, są rodziny mieszkające pokątnie w różnych miejscach, a jednak w rozumiejącej się wspólnocie.

    Widzę ogromne „białe” zapędy kobiet i to są tak nieraz silne „białe” wzorce, że żyć się nie da, dzieci są na siłę dostosowywane do białego schematu. Sama przeszłam przez taką szkołę życia…. Za to w młodszych pokoleniach widać więcej swobody, chyba jest to efekt rosnącej wiedzy psychologicznej, czasy też są już inne, większa wolność myśli, Internet zapewnia większe możliwości… Przez to zmieniają się rodziny. Ale sporo jest wciąż rodzin takich o jakich piszesz, z silnymi kobietami pogardzającymi męskim, za to broniących „białego” wbrew rzeczywistości.
    Chodzę na zebrania klasowe dzieci i widzę nieraz takie panie – „białych” tytanów w spódnicy, taka kobiecość z siekierą w ręce (jakby ktoś miał inne zdanie niż systemowe). Niestety z racji jakiejś niefrasobliwości (teraz wiem, że to Dusza) mam z nimi praktycznie na pieńku. 😀

  4. Marc
    Kwi 30, 2015 @ 19:00:30

    Dzięki za tekst!

  5. TakSobiePiszę
    Maj 08, 2015 @ 18:20:58

    A bywa i zupełnie odwrotnie. Czyli „romantyczniejsza” kobieta nie chce słyszeć o dzieciach, ślubach, domach, za to „nieromantyczny” mężczyzna co chwila o tym przynudza i mało co do niego dociera, podczas gdy „romantyczna” kobieta jest z nim dla chwilowej przyjemności. Czasem taki mężczyzna dopnie swego, tym bardziej, że mężczyzna często ma poczucie, że wie najlepiej, że ma racje i nie ma co zwracać uwagi na głupie opory „baby”, kiedyś się ją przekabaci… Bywa też, że to mężczyzna zaciągnie babę przed ołtarz mimo jej początkowych sprzeciwów (płynących może czasem z intuicji) i oczywiście po jakimś czasie małżeństwo obróci się w tragedię, bo facet wiedział lepiej i uważał, że jego miłość i jego pewność to już gwarancja wszystkiego, a zdanie drugiej osoby średnio się liczy. W dodatku jeśli to kobieta się uprze na dziecko i dopnie swego, przynajmniej każdy może do pewnego stopnia mieć co chciał: kobieta zostaje z dzieckiem, a pan jeśli chciał wolności to może ją mieć, najwyżej zostanie pociągnięty do jakiejśtam odpowiedzialności finansowej, ale takto może wieść życie jakie chce. Za to jeśli uprze się facet, może się okazać, że nikt tu nie wyląduje tak jak chciał. Bo kobieta, skoro nie chciała się z nim wiązać na stałę, może odejść (czego facet ze swoim wielkim ego i poczuciem władzy mógł nie przewidzieć), a małe jest mimo wszystko prawdopodobieństwo, że porzuci dziecko, a więc kobieta zostanie z dzieckiem, którego nie planowała, a mężczyzna zostanie bez dziecka, którego chciał. Więc może szczególnie ważne jest, żeby mężczyzna respektował zdanie kobiety, bo jeśli kobieta nie respektuje zdania mężczyzno to przynajmniej ten kto wymyślił zostaje bardziej z konsekwencjami swojego wymysłu. Ale jakoś więcej się mówi o tym, że „ona złapała go na dziecko” i mało kto zauważa, że proces zdarza się i w drugą stronę i mężczyzna może próbować „złapać ją na dziecko”.

  6. SwiatDucha
    Maj 08, 2015 @ 21:26:26

    do TakSobiePiszę
    pewnie, tak też bywa.

Komentarze

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Follow Opowieści o duchowości on WordPress.com
%d blogerów lubi to: